WP SportoweFakty

Najnowsze Wyniki/Kalendarz
East News / AFP PHOTO/ PHILIPPE DESMAZES / Na zdjęciu: Elisabeth Revol

Cały wywiad Elisabeth Revol z AFP: Gdy zobaczyłam Adama, pomyślałam, że to niemożliwe

Joanna Kocik
Joanna Kocik

W którym momencie podjęła pani decyzję, by zejść samej?

Właściwie nie ja podjęłam tę decyzję. Powiedziano mi: jeśli zejdziesz na 6000, to przyleci helikopter po ciebie, a po Tomka na 7200. To było narzucone przez pakistański rząd. To nie jest decyzja, którą ja podjęłam, została mi narzucona, żeby uratować Tomka. Tak, niech on zostanie, ty schodź. Tak było. To wszystko.

Powiedzieli mi: schodź, bez namiotu, bez niczego, bo po południu przylecą helikoptery.

I nigdy nie przyleciały.

Nigdy nie przyleciały.

Czy spędziła pani noc bez sprzętu?

Tak, drugą noc na zewnątrz bez sprzętu. Tomek tak samo. Był w jamie śnieżnej, zabezpieczony przed wiatrem. Podałam GPS-em jego pozycję. On zresztą nie był w stanie operować dłonią. Zabezpieczyłam go.

Siebie też - zabezpieczyłam się przed wiatrem jak mogłam w szczelinie. Było bardzo zimno, drżałam całą noc. Poza tym przyszło zmęczenie. Potem to, co już opowiedziałam, o halucynacjach. myślałam o wielu rzeczach, o Tomku, o mojej rodzinie.

Bała się pani, że już tam pani zostanie?

Wtedy, w tym momencie nie. Byłam w swojej jamie, było mi zimno, ale nie bałam się, widziałam wyjście, nie byłam zdesperowana. Nie byłam w beznadziejnej sytuacji. Bardziej martwiłam się o Tomka, był w gorszym stanie, był sam, dużo słabszy. Ja nie miałam problemów z odmrożeniami, było mi po prostu zimno.

Później pani kontynuowała zejście?

Rano znów włączyłam telefon. Powiedziano mi, że pomoc idzie i przybędzie po południu. Więc czekałam - nie było dużego wiatru, więc skorzystałam, żeby odpocząć. Po południu usłyszałam helikopter - nisko, w bazie. Było już bardzo późno, późne popołudnie, koło 4-5. Więc wiedziałam, że albo wleci tylko raz, innej możliwości nie będzie. Nie słyszałam jednak, by wlatywał wyżej. Nic, nic i nic. A czas leciał. Pomyślałam więc, że szanse, że po mnie przylecą, są bardzo małe. I koniec końców nie przylecieli nigdy. Byłam wtedy na około 6800. Dzień się kończył, Ludo napisał, że nie przylecą, nie uda się, może jutro. Wiedziałam wtedy, że jeśli to ma być jutro, to muszę zejść. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że idzie po mnie polska ekipa. Ludo powiedział mi o tym, ale dodał, że na razie jeszcze nie wyruszyli. Powiedziałam: trudno, ja idę, idę w dół.

Wtedy zaczęło to być naprawdę sprawą życia lub śmierci. Dwie noce na zewnątrz, jeśli mam więc uratować skórę, muszę schodzić. I zaczęłam schodzić.

Wiedziałam, że "normalna" droga nie jest zaporęczowana, więc wiedziałam, że muszę zejść inną. I że muszę pod nią trochę podejść. Więc chciałam schodzić inną stroną. Schodziłam powoli, byłam zmęczona, było mi zimno, czułam ból w palcach i stopach. Schodziłam, odpoczywałam. Kiedy wiało, zatrzymywałam się, schodziłam dalej. Była już noc, jakaś 2, 3 w nocy. I nagle zobaczyłam dwa światełka. I wtedy zaczęłam krzyczeć.

Była pani szczęśliwa?

To były wielkie emocje. Nie wiedziałam, że po mnie idą, bo nie patrzyłam na ostatnie wiadomości od Ludo. Więc byłam przejęta. Znałam Adama Bieleckiego trochę, spędziliśmy trochę czasu razem w 2016 roku, mieliśmy bardzo dobry kontakt, zostaliśmy w dobrych kontaktach. To bardzo silny wspinacz. Nie wiedziałam tak naprawdę, że on tam jest. Wiedziałam, że idzie po mnie Denis Urubko, i to jego zobaczyłam najpierw. Więc gdy zobaczyłam Adama, pomyślałam: no nie, niemożliwe! Coś wyjątkowego.

Denis dla mnie jest legendą alpinizmu. Są różne rodzaje wspinaczki, on jest jedną z osób, które są świetne na tych 8000 m. Jest bardzo szybki, ma świetną technikę, silna psychikę i robi niesamowite rzeczy. Jest dla mnie legendą.

A Tomek? Kim był dla pani?

Tomek to wielki pasjonat Nanga Parbat. To on rozpoczął polski projekt zdobycia tej góry w 2010 roku. To ktoś, kto ma bardzo silną historię i relację z tą górą. Coś wydarzyło się między nim a tą górą, był nią zafascynowany i spędził tam mnóstwo czasu. Nigdy nie udało mu się wejść, ale to była czysta pasja. Był wytrzymały na zimno, był wielkim wspinaczem, ale przede wszystkim miał pasję. Dlatego zdecydowałam się z nim jechać. Wiedziałam, że możemy spędzić czas razem, 5 lub 8 dni gdzieś w górze, że nie będzie nam to przeszkadzać, że nie będziemy się bać. Że możemy spędzić 2-3 dni w górze, a potem zejść do bazy. Oboje zaakceptowaliśmy, że mamy komfort i możemy spędzić czas razem. I wiem, że naprawdę chciał zdobyć tę górę.

I zdobył.

Tak, zdobył.

I co dalej, wie pani?

Wiem, że zrobiono wszystko, by go uratować. Chciałabym też zobaczyć jego dzieci, spotkać się z jego żoną. Nie wiem, zobaczymy.

A pani? Wróci pani do wspinania?

Ja? Tak, myślę, że tak. Można powiedzieć, że jestem uzależniona, ale tak jest. Mam potrzebę takich przygód. To takie piękne. Oczywiście jest ryzyko, ale to się przyjmuje. Szczególnie w Himalajach. Szczególnie, kiedy trzeba się z kimś rozdzielić. Kiedy jest się samą. Ale to są przygody, które są niezbędne mi do życia. Więc zobaczymy.

Przetłumaczyła Joanna Kocik

Komentarze (9):

    Pokaż więcej komentarzy (6)
    PRZEJDŹ NA WP.PL