Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Newspix / Tomasz Markowski / Na zdjęciu: Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk: Duża sztuka samotności

Paweł Kapusta
Paweł Kapusta
- Po 20 latach w rozjazdach największą pokusą jest własny dom. Nie mam noża na gardle. Nie muszę gonić, by zarabiać. Kolejne medale też się już nie zdobędą. Może warto się zatrzymać i zobaczyć, jak wygląda normalne życie? - mówi Justyna Kowalczyk.

Paweł Kapusta: Spełnia się pani w tym, co teraz robi?

Justyna Kowalczyk: Za wcześnie, by o tym mówić. Najpierw trzeba do czegoś dojść, coś osiągnąć, bym mogła stwierdzić, że to moja droga. Dla mnie to przede wszystkim most. Przeprawa na drugą stronę rzeki. Ale przy tym - wciąż reżim. Wyjazdy, wyloty, pakowanie i rozpakowywanie walizek. Pytanie brzmi: czy praca dla kogoś będzie sprawiała mi tyle radości, ile sprawiała mi praca dla siebie? Nie znam jeszcze odpowiedzi. Nie powiem też teraz, że będę tak pracować do siedemdziesiątki. Świat ma tyle pokus, a ja tyle otwartych drzwi, że nie wiem, czy ta droga będzie ostateczna.

Nie mam poczucia straconego czasu. Zamknęłam jeden etap życia, rozpoczęłam kolejny. Nie mam teraz wielkiej pokusy, by nagle mieć piątkę dzieci, męża, chodzić na ósmą do kościoła, stać w pierwszym rzędzie i pokazywać, jaką jestem szczęśliwą rodzicielką. Gdybym miała taką pokusę, zrobiłabym to już kilka lat temu.


Jakie pokusy ma pani na myśli?

Gdy przez dwadzieścia lat jest się w rozjazdach, ponad trzysta dni w roku spędza nie tyle poza własnym łóżkiem, co poza swoim krajem, to największą pokusą jest dom. Po prostu. Twój własny dom. Bliscy, rodzina, przyjaciele. Nawet twój pies. Kilka razy złapałam się już na myśli: kurczę, oni mogą być dla mnie codziennie! Nie muszę pędzić! Mogę zwolnić!

Nie mam noża na gardle. Nie muszę gonić, by zarabiać. Kolejne medale też się już nie zdobędą. Może warto się zatrzymać i zobaczyć, jak wygląda normalne życie? Gdy nie działasz pod przymusem oczekiwań, super jest zwolnić i zobaczyć, jak wygląda świat bez gonitwy.
 
Sport wiele pani zabrał?

Nie byłam na pogrzebie mojego dziadka. Nie byłam na weselu najbliższej przyjaciółki. Chrzcinach, komuniach, urodzinach, rocznicach…

ZOBACZ WIDEO "Druga połowa" odc. 10: Legia i Lechia nie chcą mistrzostwa? [cały odcinek]


 Za każdym razem bolało?

Gdy wyjeżdżałam do internatu - miałam wtedy 15 lat - bardzo bolało. Były łzy, smutek, ciężar rozstania. Może to dlatego, że byłam najmłodszym, wychuchanym dzieckiem? Później schowałam się za skorupą. Mama często mówiła, że się zmieniłam. Zrobiłam się twardsza. Gdy jednak wciąż zostawiasz najbliższych, wyjeżdżasz, zamiast rodziny wybierasz sport, to nawet jeśli nie widać tego na zewnątrz, w środku każda taka sytuacja łamie serce. Człowiek to nie maszyna, wszystko nie spływa po tobie jak po ceracie.

To zresztą odwieczny dylemat sportowca. Sam wiesz najlepiej, ile już poświęciłeś. Nie chcesz odpuścić, by wszystko nie poszło na marne. Taka świadomość sprawia, że się nie zatrzymujesz, idziesz obraną ścieżką. Przez takie nieobecności miałam jednak wielkie wyrzuty sumienia. Problemy, które później nadeszły, były kumulacją takich małych rzeczy. Wszystkich stresów.
 
Gdy zdobywała pani medale, koleżanki wychodziły za mąż, rodziły dzieci, rozwodziły się. Ma pani poczucie straconego czasu?
 
Bardzo szybko minęły mi te wszystkie lata. Czasem się zastanawiam: gdzie to wszystko uciekło? W świadomości wciąż mam 20 lat, ale to uleciało i nie ma. Mignęło, bo żyłam zadaniowo, od celu do celu. O tym, o czym pan teraz mówi, do pewnego momentu w ogóle nie myślałam, ale to przyszło z czasem. Dziś zdarza mi się nad tym zatrzymać. Nie jest to sytuacja zero-jedynkowa. Moi znajomi też mają swoje kłopoty. Są momenty, że chcieliby żyć inaczej. Rozmawiam z kimś i mówię: - Ale masz super dzieci! Świetnie! I dostaję odpowiedź: - A ja bym czasem chciała mieć odrobinę wolności. Tak jak ty!

Nie mam poczucia straconego czasu. Zamknęłam jeden etap życia, rozpoczęłam kolejny. Nie mam teraz wielkiej pokusy, by nagle mieć piątkę dzieci, męża, chodzić na ósmą do kościoła, stać w pierwszym rzędzie i pokazywać, jaką jestem szczęśliwą rodzicielką. Gdybym miała taką pokusę, zrobiłabym to już kilka lat temu. Ten moment musi nadejść sam, naturalnie. Muszę trafić na człowieka, z którym chcę żyć. Ale nic na siłę. Życie nauczyło mnie nie sięgać daleko w przyszłość. Za każdym razem, gdy za daleko wystawiałam głowę, przejeżdżałam się na tym. Już tego nie robię.

Może przeszkadza mur, który wokół siebie pani postawiła?
 
Jestem samotnikiem. Nigdy nie byłam królową dyskotek, imprez. Nie chcę chodzić po eventach, ściankować, występować w Tańcu z Gwiazdami. Zaproszenia do tego programu odrzucam notorycznie od 15 lat. To nie jest mój świat. Do wszystkiego musisz mieć odpowiednie predyspozycje psychiczne. Moje są inne. Stoję z boku.

Marek Wawrzynowski: Ajax przegrał, bo wyrzekł się swojego stylu (felieton)

Ponoć bardzo się pani zmieniła w ostatnich latach. Kiedyś dziennikarze bali się do pani podchodzić, bo nigdy nie byli pewni reakcji. A dziś są uśmiechy, żarty.


Gdyby kilka lat temu wywiad odbywał się w takich okolicznościach, atmosfera byłaby podobna. W strefie mediów, zaraz po biegu, zdarzało się różnie. Dziennikarze wymagają komentarza - i ja to rozumiem! - ale nasza dyscyplina jest specyficzna. Na metę wbiegasz półprzytomny, totalnie zajechany. Maksymalne zniszczenie. Nie myślisz, działasz instynktownie. Czasem po prostu nie wiedziałam, co odpowiadać na pytania. Szybko zauważyłam, że jeśli zbuduję mur i ten mur będzie nie do przeskoczenia, będzie mi łatwiej. Jeśli będę harda i jako harda będę odbierana, nikt mi nie wejdzie na głowę. Bo sport zawsze był dla mnie najważniejszy - z zyskiem dla sportu. Dziś publicznie stałam się taka, jaka zawsze byłam prywatnie.

W wywiadzie, w którym powiedziałam o swojej chorobie, nie było wszystkiego. I wszystkiego nigdy nie powiem.


Tuż przed pani głośną rozmową z Pawłem Wilkowiczem, po której świat dowiedział się o pani problemach, udzieliła pani wywiadu Twojemu Stylowi. Było tam o marzeniach, mężu, dzieciach.

Czasem tak się życie układa, że musisz się trzymać konwencji. Lawirować. Prawda była taka, że wtedy absolutnie nie myślałam o żadnej rodzinie. Ja wtedy myślałam, jak dotrwać do jutra. Wymalowali cię, zrobili supersesję zdjęciową, dziennikarka pyta o rodzinę i dzieci, to co masz powiedzieć w takiej sytuacji? Że jedziesz na lekach? Że ledwo żyjesz? Że nie wiesz, czy za tydzień będziesz chodzić po tym świecie? Wkładasz maskę i robisz swoje.
 
Dziś jest pani szczęśliwa?

Mam lepsze i gorsze momenty. Myśląc o mojej chorobie, jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy, to to, że to było głupie. Głupie było myślenie, że nie chcę żyć. Głupie były myśli, że wszystkim przeszkadzam. Że jestem niepotrzebna. Oczywiście, to była bardzo poważna sprawa, ale dziś wiem, że wtedy najlepiej zadziałałyby na mnie mocne słowa: "Jesteś głupia! Tylu osobom na tobie zależy!". Na przykład mój brat, choć nie należy do ckliwych osób, codziennie rano przez pół roku wysyłał mi MMS-a z osiołkiem. Troszczył się. Był. Obecność, to coś najcenniejszego, co możesz dać drugiej osobie.
 
Nigdy nie żałowała pani, że tak mocno się otworzyła i na głos powiedziała o depresji?

To uratowało mi życie. Ludzie zaczęli mnie pilnować. Wszędzie, gdzie się pojawiłam, ktoś miał na mnie oko. To pilnowanie było mi potrzebne.

Co to znaczy?

W wywiadzie, w którym powiedziałam o swojej chorobie, nie było wszystkiego. I wszystkiego nigdy nie powiem. Jeśli już się na to zdecyduję, to może za 30 lat, w książce. Słowa wtedy wypowiedziane były tylko unoszącą się nad problemami pianką.

Po tym wywiadzie spotkało mnie wiele różnych sytuacji. W Finlandii podszedł do mnie Rosjanin i powiedział, że moje wyznanie uratowało mu życie. Jeśli ja - taka silna, posąg wręcz, niezniszczalna - też borykam się z takimi problemami, to on też może walczyć i wyjść na prostą. Doskonale znam te mechanizmy. Gdy byłam chora, starałam się patrzeć na bardzo mocne osobowości. Szukałam wzorów. Poza tym, publiczne wyznanie mnie uczłowieczyło. Ludzie dostrzegli we mnie człowieka, a nie maszynę do zdobywania medali.

Na Facebooku dostałam tak wiele wiadomości, że zostałam nimi po prostu zasypana. 98 procent z nich to były listy piękne, z wyrazami wsparcia. Reszta była jednak tak wstrętna, tak odrażająca, że przez stan, w którym wtedy byłam, zdecydowałam się zablokować możliwość wysyłania mi wiadomości. Tych pozytywnych niestety też.
 
Co człowiek jest w stanie napisać chorej, walczącej z depresją kobiecie?

Nie będę tego cytować. Gdy jesteś niestabilny emocjonalnie, a ja wtedy byłam bardzo niestabilna, najbardziej zwracasz uwagę na te negatywne wpisy. Nawet mimo zdecydowanej większości listów ze słowami otuchy. Hejt i tak siada wtedy na głowie.

A z pięknych gestów? Zdarzało się, że ludzie na ulicy - szczególnie starsi - podchodzili do mnie i mnie przytulali. Stoję w sklepie, robię zakupy, a tu nagle podchodzi starsza pani, którą widzę pierwszy raz na oczy, i po prostu mnie przytula. Sympatyczne.

Sympatyczne czy irytujące?

Bardzo sympatyczne. Irytujący są ludzie z podejściem: wszystko mi się należy, którzy gdy siedzę ze znajomymi, rozmawiam, nagle podchodzą, nie pytają o pozwolenie, przerywają nam, koniecznie chcą zdjęcie, robią rozróbę. Cała restauracja wbija w ciebie wzrok. To irytujące. Starsi ludzie mają z kolei w sobie zbyt dużo kultury osobistej, by pozwolić sobie na takie zachowanie. Wiem, ile barier taka osoba musiała złamać w głowie, by zdecydować się do mnie podejść, by mnie przytulić. Da się w takich momentach wyczuć, że ten gest wsparcia płynie z serca, że jest ważny dla tej osoby, więc jest ważny również dla mnie.

Poza depresją - sport zabrał pani zdrowie?

W jakimś zakresie na pewno.

Na kolejnych stronach przeczytasz między innymi o bólu, jaki towarzyszy przez całe życie profesjonalnemu sportowcowi, popsutym przez sport zdrowiu czy zarobionych pieniądzach.

Czy Justyna Kowalczyk to według Ciebie jeden z najwybitniejszych sportowców w historii naszego kraju?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Komentarze (18):

Wszystkie komentarze (18)

Komentarze (18)

    Wszystkie komentarze (18)
    PRZEJDŹ NA WP.PL