WP SportoweFakty

Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Materiały prasowe / Esport Performance Center / Na zdjęciu: Adrian 'Hatchy' Widera

Adrian "Hatchy" Widera: Wraz z nowym pokoleniem do polskiego League of Legends wchodzi ambicja

Grzegorz Wojnarowski
Grzegorz Wojnarowski
- W Skandynawii pasja młodych ludzi do esportu jest zwykle publicznie akceptowana. W Polsce częściej działa to na zasadzie: "Jak to zawodowo w gry? Odejdź od komputera, marnujesz sobie życie" - mówi Adrian "Hatchy" Widera, trener League of Legends.

Grzegorz Wojnarowski, WP SportoweFakty: Po kilku latach spędzonych za granicą zdecydowałeś się powrócić na polską scenę i zostałeś trenerem w nowej organizacji, której dywizja League of Legends tymczasowo występuje pod nazwą Esports Perofmance Center. Dlaczego znów Polska?
 
Adrian "Hatchy" Widera, trener dywizji League of Legends Esports Performance Center: Nigdy nie było tak że w ogóle mnie nie było na polskiej scenie. Pracując za granicą zawsze chętnie wracałem, żeby robić w Polsce jakieś projekty. Nawet ostatnio, przed przyjęciem propozycji Esport Performance Center, trenowałem Iluminar Gaming. Teraz zdecydowałem się jednak na stałe związać z polską organizacją, bo kiedy mamy w kraju takie rozgrywki, jak Ultraliga, i tak profesjonalny ośrodek, jak EPC, to nie widzę powodów, dla których miałbym trenować w Hiszpanii czy w Niemczech, a nie w Polsce. Nasz esportowy ekosystem jest coraz bardziej zbliżony do tych, jakie istnieją w krajach zachodniej Europy. Kto wie, może uda się te kraje prześcignąć? Chciałbym się do tego przyczynić. Jeśli mam robić komuś super drużynę, super biznes w Hiszpanii, to mając do dyspozycji takie same albo nawet lepsze warunki w Polsce wolę robić to tutaj.

Prowadziłeś drużyny League of Legends m.in. we Francji czy w Turcji, a tamtejsze sceny są póki co bardziej rozwinięte niż nasza. Dużo się tam nauczyłeś? Jaka wiedza będzie dla ciebie najcenniejsza przy budowaniu drużyny w Polsce?
 
Nauczyłem się bardzo dużo i czuję, że moim obowiązkiem jest wrócić do kraju i użyć tego know-how. Kilka lat temu Polska nie była najlepszym miejscem do rozwoju w kierunku esportu, ale teraz mogę pracować w warunkach które są dla mnie satysfakcjonujące. Budynek Esports Performance Center spełnia wszystkie zachodnie standardy. Ja pracowałem już w gamig house'ach, wiem jak powinno się działać w trybie full-time i tu jestem w stanie tak działać.

Jakie warunki muszą być spełnione, żebyś zbudował drużynę, która w perspektywie kilku lat będzie mogła wejść do LEC, czyli do tej Ligi Mistrzów LoLa?

Przede wszystkim musimy pracować z pokorą. Mamy fajne możliwości, mamy do dyspozycji budynek EPC, świetne zaplecze, wsparcie kompetentnych osób, ale trzeba pamiętać, że ten budynek ani nasz sztab nie wygrają za nas gier. Musimy wygrać je sami. Naszą drogą do sukcesu jest dobra praca każdego dnia. No i wspomniana już ta pokora, którą postaramy się zachować niezależnie od tego, co się będzie wokół nas działo.

ZOBACZ WIDEO Prezes PKN Orlen uspokaja kibiców. "Nie wycofamy się ze sponsoringu sportu"

Czytaj także: Ambitne plany Mateusza "Matislawa" Zagórskiego. "Moim kolejnym przystankiem będzie LEC"

Co wziąłbyś do swojej organizacji z tego, co zobaczyłeś w niemieckim, francuskim czy tureckim League of Legends? Co tam robi się lepiej, niż w Polsce?

Tak naprawdę w EPC mamy do dyspozycji wszystko to, co mają drużyny z krajów, które wymieniłeś. Mamy psychologów, dietetyków, fizjoterapię. Względem innych scen brakuje u nas przede wszystkim tego, żeby takich miejsc było więcej, więcej profesjonalnych organizacji. Od Hiszpanii czy Turcji różnimy się tym, że u nas w najgorszej drużynie ligowej albo pieniędzy nie zarabia się w ogóle albo zarobki są bardzo niskie. I to jest problemem. Gdybyśmy mieli osiem świetnych drużyn, a nie jedną, każdą z nich napędzałaby rywalizacja z pozostałymi i poziom by się podnosił. A żeby do tego doszło, potrzebnych jest więcej profesjonalnych organizacji, które dadzą zawodnikom pieniądze, dzięki czemu oni będą mogli grać na pełen etat. Bez tego ci gracze nie mogą wejść w esport tak bardzo, jak by chcieli, bo priorytetem musi być dla nich szkoła czy praca. Inna kwestia to monetyzacja esportu, która nie jest wcale taka łatwa. W EPC mam to szczęście, że pracuję z ludźmi, którzy wiedzą, jak to robić. Chciałbym, żeby w kolejnych latach takich osób i takich miejsc, w których esport będzie zarówno świetną zabawą, jak i prężnym biznesem, było coraz więcej.

Ultraliga Polsatu to chyba wielka szansa dla polskiego League of Legends? Na razie rozgrywki wyglądają bardzo profesjonalnie.

Na pewno fakt, że współpracujemy z telewizją, robi wrażenie. Gra jest transmitowana już nie tylko w internecie, ktoś może przerzucać kanały i choćby przypadkiem zobaczyć nazwę sponsora, a to zachęca potencjalnych inwestorów. Poza tym cały projekt Ultraligi sprawia, że zawodnicy i organizacje są w centrum uwagi. Kreuje wokół nich historie, eksponują ich sylwetki, chcą z nich robić gwiazdy, bo wiedzą, że dzięki temu scena się rozwinie. Moim zdaniem Ultraliga to bardzo obiecująca inicjatywa.

Jak na razie pod względem poziomu zaawansowania esportowej sceny jesteśmy daleko w tyle za Niemcami, Hiszpanią, Danią czy Szwecją. Kto w tej chwili jest liderem w europejskim League of Legends?

Jeśli chodzi o ligę, Hiszpanie. Jeśli chodzi o indywidualności, chyba nadal kraje skandynawskie.

Dlaczego w Danii czy Szwecji, gdzie mieszka dużo mniej ludzi niż w Polsce, jest tyle esportowych gwiazd i silnych drużyn? Dlaczego nie ma ich u nas?

To ciekawe pytanie, choć nie wiem, czy jestem kompetentną osobą, żeby na nie odpowiedzieć. Myślę, że to musi mieć coś wspólnego z wychowaniem i kulturą. W League of Legends wcale nie jest tak, że wszyscy ci świetni gracze kształtują się w skandynawskich ligach, bo one są bardzo słabe, rozbite. Nie ma tam nic, co można by porównywać z Ultraligą. A mimo to pojawia się wielu Duńczyków czy Szwedów, którzy mają wysokie umiejętności i potrafią się wybić na międzynarodowej scenie.

To widać, ale ja chciałbym wiedzieć, dlaczego oni potrafią, a Polakom udaje się to dość rzadko.

Jako trener prowadziłem wielu zawodników ze Skandynawii i to, co zauważam, kiedy z nimi rozmawiam, to fakt, że ich pasja jest o wiele bardziej publiczne akceptowana, niż w naszym kraju. Kiedy mówią rodzicom, że chcą zawodowo grać w gry, rozwijać się w tym kierunku, często mogą liczyć na ich wsparcie. Na zasadzie: "Nie rozumiem tego co robisz, ale spróbujmy, zobaczymy co z tego wyjdzie". W Polsce dużo częściej działa to na zasadzie: "Jak to zawodowo w gry? Odejdź od komputera, marnujesz sobie życie". Znam historie graczy, którym wyrywano kable, zabierano rootery. Jeśli chodzi o zawodników ze Skandynawii, takich historii nie słyszałem. U nas niewielu graczy ma ten przywilej, że ma wsparcie otoczenia. Duńczycy czy Szwedzi częściej je mają i być może właśnie to przekłada się na ich silną reprezentację w najlepszych drużynach na świecie. To, że młodzi ludzie mogą tam komfortowo grać i się rozwijać, nie muszą ćwiczyć, kryjąc się po nocach.

Czytaj także: Nowi dominatorzy w europejskim League of Legends. Drużyna "Jankosa" bez porażki w LEC

W EPC chcecie stawiać na skauting, wynajdywanie zdolnych graczy. Macie już opracowany jakiś system, jakiś wzorzec, według którego będziecie szukać?

Taki wzorzec nie istnieje, ale my chcemy go stworzyć. Będziemy współpracować z psychologami, ze środowiskami uniwersyteckimi i chcielibyśmy, żeby przeanalizowały one naszych obecnych zawodników i wychwyciły, od czego są zależne ich dobre występy. Jak przekłada się na to dieta, na czym się skupiają w czasie gry, jaki tryb życia jest optymalny. Może dzięki temu uda się nam opracować jakiś model i dawać graczom wskazówki, które zwiększą ich szanse na sukces. Nasi gracze będą, brzydko mówiąc, królikami doświadczalnymi, bo będziemy ich badać i na podstawie tych badań wyciągać wnioski. Chcemy za jakieś pięć lat móc powiedzieć, że wiemy już wszystko, wiemy dlaczego ktoś gra przez miesiąc dobrze, a potem miesiąc słabo. W tym momencie cały esport opiera się na przeczuciu, nie tylko u nas, w bardziej rozwiniętych esportowo krajach też. Nikt nie wie, dlaczego "Caps" z G2 jest takim dobrym graczem. My dążymy do tego, żeby wiedzieć, żeby móc podać sto powodów, dlaczego tak jest.

W porządku, nie wiemy, dlaczego jeden gracz jest świetny, a inny przeciętny, ale mimo wszystko w Lidze Legend większość tych świetnych to Koreańczycy czy Chińczycy. Oni dominują, wygrywają mistrzostwa świata. Co na to wpływa? Pieniądze?

Nie, bo o ile w Chinach pieniądze są większe, niż w Europie, o tyle w Korei płaci się mniej. A to Korea uchodzi za mekkę gier komputerowych. Często tamtejsi gracze uciekają do ligi europejskiej, czy choćby tureckiej, bo mogą tam zdecydowanie więcej zarobić. Zatem na pewno nie chodzi o pieniądze.

Więc o co?

Do mnie najbardziej trafia ten argument, że mają nad nami lata przewagi, jeśli chodzi o infrastrukturę i doświadczenie. Rozmawiamy o tym, że nie mamy żadnych wniosków dotyczących tego, dlaczego ktoś gra dobrze, a ktoś inny nie. To nie znaczy, że oni takich wniosków nie mają, podpartych kilkunastoma latami doświadczeń, bo tyle działają niektóre tamtejsze organizacje. My teraz cieszymy się, że mamy Esports Performance Center. W Azji takie ośrodki są już od lat, wiedza jest bardziej usystematyzowana. Są tam trenerzy, którzy mają 36, 38 lat i którzy pracują w tym zawodzie od lat 15. W Europie nie ma ani jednego 36-letniego trenera z piętnastoletnim stażem, bo 15 lat temu poważny esport jeszcze u nas nie istniał.

Niedawno rozmawiałem z "Jankosem", najlepszym polskim graczem League of Legends, i usłyszałem od niego, że problemem wielu polskich graczy jest brak ambicji. Zgadasz się z tymi słowami?

Mam wrażenie, że mieliśmy taką falę. Kiedy "Jankos" wychodził z polskiej sceny i dostał się do LCS, trochę tak było. Brakowało młodych, głodnych sukcesu graczy. Jestem jednak przekonany, że Marcin nie zna części obecnych polskich zawodników w wieku 17-19 lat, a to jest nowa fala, która wpływa do naszego LoLa. I mówimy o graczach bardzo zmotywowanych. Młodsze pokolenie charakteryzuje to, że ono już się nie zastanawia, czy esport może być pracą na pełen etat. Oni wiedzą, że odpowiedź brzmi "tak". Są dużo bardziej skoncentrowani na celu. Nie dojrzewają razem ze środowiskiem, zastanawiając się, czy coś z tego wyjdzie, czy nie. Wiedzą, że jeśli będą pracować, to im się uda, że będą robić kariery, zostaną gwiazdami. Czuję, że wraz z nowszym pokoleniem do polskiego LoLa wchodzi ambicja. Przykładem taki gracz, jak "Agresivoo", nasz top laner, który w momencie, w którym "Jankos" zaczynał w LCS, nie rozegrał jeszcze swojego pierwszego turnieju. Z kolei starsze pokolenie jest coraz bardziej odsiewane, zostają ci, którzy byli najbardziej zmotywowani. Rozumiem Marcina, natomiast w tym momencie polska scena wygląda dużo inaczej.  
 
Dla mnie jako dla osoby, która w Ligę Legend nigdy nie grała, interesujący jest dobór graczy na konkretne pozycje. W jaki sposób decydujecie, że jeden zawodnik najlepiej sprawdzi się na górnej alei, inny na środkowej, jeszcze inny jako "jungler" albo "AD carry"?

Ciekawe pytanie, bo chyba nikt o tym nie myśli, nie zastanawia się, że konkretny gracz ze swoimi umiejętnościami i predyspozycjami byłby lepszy na innej pozycji niż ta, na której gra. Jest raczej tak, że jeśli ktoś lubi grać w dżungli, gra w dżungli. Być może w przyszłości będziemy umieli określić, które umiejętności są najbardziej potrzebne na danych pozycjach i pod tym kątem przyporządkowywać do nich graczy. Być może sami gracze będą się przygotowywać do esportu nie od szesnastego czy siedemnastego roku życia, ale od trzynastego. To wszystko melodia przyszłości, piękne marzenie, które mamy teraz. Ja nie będę bezpośrednio odpowiedzialny za jego realizację, ale mam nadzieję, że naszemu sztabowi się to uda.

Moje pytanie wzięło się stąd, że gdy jakiś polski gracz wchodzi na scenę europejską, zwykle jest "junglerem". Byłem ciekawy skąd to upodobanie Polaków do pozycji leśnika.

Może być tak, że inni widzieli "Jankosa" w LCS i chcieli być tacy jak on. Był taki moment, że za sprawą "Jankosa" i "Vandera" w Polsce mieliśmy wielu dobrych leśników i supportów. Teraz "Vandera" nie ma już w LCS, obecnie LEC, ale do ligi wszedł "Jactroll", też support. Młodzi gracze mają swoich idoli, chcą być jak oni i dlatego wybierają podobne role.

W piłce nożnej mówi się, że bramkarz i lewoskrzydłowy muszą być szaleni. Czy w Lidze Legend też na którejś pozycji potrzeba ryzykanta, z kolei na innej osoby bardzo spokojnej?

Charaktery są bardzo różne, niezależnie od roli w drużynie. Może w przyszłości uda się to ustalić.

A czy któraś z ról jest najważniejsza?

Jeśli już miałbym którąś wskazać, powiedziałbym, że jest nią "jungler", który ma największy ogląd całej sytuacji na mapie we wczesnych etapach gry. Jeśli jest dobry, potrafi określić, gdzie zaatakować, albo wokół której linii najlepiej jest grać. Dlatego ja zawsze upatruję lidera swojej drużyny właśnie na tej pozycji i dlatego kapitanem EPC został "Cinkrof".

Na koniec zapytam jeszcze po co to wszystko, skoro znane osoby ze środowiska, choćby "Veggie" czy "Jankos", uważają, że za dziesięć lat Ligi Legend może już nie być?

Tyle, że mi z każdym rokiem pracy coraz mniej chodzi o grę, a coraz bardziej o graczy. Jeśli gra się zmieni, ale wciąż będę mógł robić to, co kocham i pracować z ludźmi w sposób, który kocham, to dla mnie gra jest warta świeczki.

Czy Esports Performance Center wygra 1. sezon Ultraligi Polsatu?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Komentarze (0):

    PRZEJDŹ NA WP.PL