Przy Canaletes mówią. Barcelona

autor: kokojamboo | 2014-06-12, 22:58 |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|
Trudno opisać, jak smutne czasy przeżywaliśmy. Kładliśmy się bardzo wcześnie, żeby nie myśleć o tym, że nie ma kolacji. W niedzielę w ogóle nie wstawaliśmy, żeby nie czuć głodu. W końcu przekonałam Małego, żeby pojechał na kolonię ciężarówką przysłaną przez Julietę. Kiedy przedtem była o tym mowa, opuszczał głowę i nie otwierał buzi. Tak, jakby dorośli nie istnieli. Ciężarówka opuściła Barcelonę, z nami i kartonowym pudłem przywiązanym sznurem, i wjechała na białą drogę, wiodącą ku kłamstwu".*
Nie ma drugiego takiego miejsca. Świat skrzy się nieodgadnioną różnorodnością, ale ten kawałek ziemi jest jakby inny, odrębny, niepodrabialny. Ponad wszystkie pozostałe. Kto nie był, niech żałuje. Kto był, niech żałuje, że ma za sobą ten czarodziejski, badawczy pierwszy raz. I choć każda wizyta przywołuje na myśl inne refleksje, to jednak ona pozostaje niezmiennie fascynująca. Ciągle tak samo, a jednak zawsze inaczej. Barcelona.
W jednej ze swoich intrygujących powieści Carlos Ruiz Zafón napisał: „To miasto ma czarodziejską moc. Zanim się człowiek obejrzy, wejdzie pod skórę i skradnie duszę". Nie ma słów, które w sposób adekwatny oddałyby charakter, historię i tożsamość tego miejsca. Wielu próbowało, ale nikt nie podołał. W końcu to tutaj lata artystycznej płodności przeżywali Antoni Gaudí, Lluís Llach, Mercè Rodoreda, Eduardo Mendoza, Pablo Picasso, Salvador Dalí czy też Joan Miró. Kolejność dowolna, zupełnie nieistotna. Wszyscy na swój sposób bez opamiętania zadurzyli się w Barcelonie i wszyscy oddawali jej hołd. Zawsze niepełny, jakby przelotny, prowizoryczny, okradziony z właściwej mistyki. Bez tego „czegoś". Nie pamiętam kto wypowiedział słowa: „Rambla to ulica, która nigdy nie powinna się kończyć". Ja dorzucam od siebie: Barcelona to miasto, które nie powinno mieć granic.
Z racji swojego położenia zawsze przyciągała ludzi. Nęciła, wabiła, zapraszała w swoje zatęchłe ramiona. Zatęchłe, bo aż do XIX wieku pozostawała w obszarze wąskich murów miejskich. Zmieniła to dopiero słynna wystawa światowa z 1888 roku, kiedy stolica Katalonii po raz pierwszy zaprezentowała światu swoje niepodważalne wdzięki. Dotąd była brudnym, uwstecznionym, zastałym miastem, które w miejsce rozwoju wpychało bylejakość, wzajemne połajanki i kalumnie, tak przecież charakterystyczne dla Hiszpanii. Ta nigdy w swojej historii nie wikłała się w spory międzynarodowe. Pod nosem króla taplano się raczej w wewnętrznych przepychankach, które w najlepszym wypadku oznaczały rodowe utarczki i konflikty na szczytach władzy. W najgorszym - wojnę domową.
Nie ma jednej prawdy o tamtych wydarzeniach. Nie ma ona figlarnego charakteru właściwego powieściom Eduardo Mendozy. Pewnie bliżej jej do narracji George'a Orwella, Carmen Laforet czy też Juana Marsé. Niepodważalnym pozostaje fakt, że nazistowsko - faszystowski ucisk gen. Francisco Franco sprawił, że brat zabijał brata, a siostra siostrę. I to wszystko w imię prowincjonalnego, pseudo patriotyczno-katolickiego dogmatu, zakładającego, że kto nie z nami, ten przeciwko nam. Kłamstwo, obłuda i hipokryzja aż kipiała spod tej jedynej prawdy. W myśl zasady: żyjemy według naszych reguł, wierzeń, czasem zabobonów, ale przecież na wszystko mamy przyzwolenie. Tego z góry i tego w mundurze.
Hiszpańscy historycy uznają, że liczba ofiar nacjonalistycznego terroru z lat wojny i w ramach rozliczeń po niej wyniosła od 140 do 200 tys. osób. Dla porównania republikanie pozbawili życia od 38 do 46 tysięcy ludzkich istnień. A to wszystko w imię wolności, różnorodności, powietrza czystego jak łza. Aż dziw, że do dnia dzisiejszego kibice Realu Madryt chlubią się wsparciem Franco i wywalczonymi dzięki jego wstawiennictwo tytułami. Ba, oni dumnie paradują z faszystowskimi flagami na plecach.
Czasem wyobrażam sobie, że na ulicach Barcelony ciągle świszczą złowieszcze pociski. Że ten uciskany przez lata naród dalej walczy. Że znów dumnie wypina pierś i bez względu na konsekwencje walczy o siebie. O swoją przyszłość, niezależność. O swoje dzieci. W miejscach, gdzie dziś wzbijają się ku niebu modernistyczne, nowoczesne budowle, jeszcze do niedawna piętrzyły się stosy ludzkich ciał. Ostatni pomnik Franco został zburzony nie tak dawno temu, w 2005 roku. W Madrycie, oczywiście. Dziś Katalonia ma swój język, kulturę, terytorium, ale ludziom na ulicach ciągle towarzyszy irracjonalny, nieopisany strach. Lęk przed powrotem tych ponurych, zastygłych w złowieszczym uścisku czasów. Ba, narodowym świętem Katalonii jest ... jej spektakularna klęska. 11 września 1714 roku, podczas wojny o sukcesję, wojska Burbonów zagarnęły dla siebie tereny Katalonii.
To miasto i ci ludzie mają w sobie coś kasandrycznego, przerażającego, nostalgicznie melancholijnego. To jak niezrozumiała autodestrukcja. Ufają tylko sobie, najlepiej czują się u siebie, mówią niemal tylko po swojemu. Wybaczcie im i zrozumcie niepodległościowe, separatystyczne dążenia do samostanowienia. Na placu świętego Filipa do dziś stoi budynek, którego jedną ze ścian zdobi mozaika ze śladów po wściekle wystrzeliwanych przez nacjonalistów kulach. Wzgórze Montjuïc to najpierw frankistowska cytadela, gdzie dokonywano politycznych mordów, a rodzinom - za głuchym przyzwoleniem duchownych - odbierano dzieci, zmieniano im nazwiska i oddawano w ręce nowych, „lepszych" rodziców. Dopiero potem Montjuïc jest monumentalnym parkiem olimpijskim czy też upstrzonym kolorami ogrodem botanicznym. Oni tak mają, to siedzi w nich, głęboko, w duszach i sercach. Na najczarniejszych kartach mrocznej historii. Wszak przegrali oni bitwę o siebie.
Różne historie i różni ludzie. Barcelona to niezbadane puzzle losów, misz-masz zdarzeń, tygiel opowieści o rzęsistym deszczu i palącym słońcu, łzach radości i smutku, spektakularnych sukcesach i podwiędłych klęskach. To anegdoty, legendy i bukiet plotek, wynoszących na piedestał, ale także strącających do otchłani niebytu. Wielokrotnie w tym miejscu przywoływałem niezwykłą przeszłość Katalonii i jej miejskiej stolicy w nierozerwalnym związku z FC Barceloną. Dzisiaj chciałem inaczej, bardziej po ludzku, historycznie, a nie sportowo. Dla mnie Barcelona to nie tylko urzekające zabytki, eklektyczne miejsca czy też eteryczne uliczki, o których zresztą wyczytacie w każdym miejskim przewodniku. Dla mnie Barcelona to ludzie i ich historie.
Na przykład ta z udziałem Lluísa Companysa, katalońskiego prawnika i polityka. Przewodniczył Generalitat de Catalunya od 1934 roku, przez cały okres trwania wojny domowej, aż do śmierci w 1940 roku. Lojalnie bronił autonomii Katalonii w ramach Republiki Hiszpańskiej. Po przegranej wojnie przebywał na emigracji. Wpadł w ręce Gestapo, które wydało go wojskom Franco. 15 października 1940 roku, na wzgórzu Montjuïc, tuż obok cmentarza, na którym do dziś spoczywa wiele ofiar dyktatorskiego reżimu, został rozstrzelany. W chwili śmierci wykrzyczał: „Mordujecie niewinnego człowieka. Za Katalonię"!
Albo Lluís Llach, kataloński bard, ulubiony artysta muzyczny Pepa Guardioli. Podczas studiów w Barcelonie rozpoczął działalność w ruchu antyfrankistowskim, w grupie zwanej „Szesnastu sędziów". W swojej działalności artystycznej krytykowali oni reżim Franco. W marcu 1971 roku, z powodu licznych represji i prześladowań, został zmuszony do opuszczenia Katalonii. Kiedyś powiedział: "Barcelona dała mi wszystko. Ta ziemia jest najwspanialszą z możliwych. Nie da się jej nie kochać".
„W tych czasach prawda sięgnęła dna, jak poziom mętnej wody w tym potoku o świcie przysłoniętym mgłą. Patrzę na to każdego dnia i zapewniam cię, że nie ma w tym żadnej poezji, tak więc czasem trzeba użyć kłamstwa, żeby odzyskać utraconą godność".**

12 października w Hiszpanii i kilku krajach Ameryki Środkowej i Południowej świętuje się tzw. Dzień Hiszpańskości, gdzieniegdzie nazywany Dniem Rasy Hiszpańskiej. Idzie o upamiętnienie największego odkrycia geograficznego Krzysztofa Kolumba z 1492 roku. Dla jednych to tylko kolejna okazja do ucieczki od codziennej rutyny, dla innych sposobność do manifestacji szowinizmu i ksenofobii znanych z najpodlejszego okresu w historii Hiszpanii. Wznoszone są falangistowskie hasła „Arriba España" czy też „Katalońskość jest hiszpańskością". Najmocniejsze to: „Nie będziemy przepraszać za naszą historię". Katalonia też nie zamierza przepraszać. 9 listopada, w referendalnym głosie, zamierza powiedzieć Hiszpanii: „nie". Nie pierwszy raz w swojej historii.
Po wybuchu hiszpańskiej wojny domowej rzeczony już Pablo Picasso, mistrz kubistycznego pędzla, opowiedział się po stronie republikańskiej, a w 1937 roku namalował słynną „Guernicę". Obraz został zamówiony przez lewicowy rząd, a następnie zaprezentowany na paryskiej wystawie światowej. Był czcią złożoną baskijskiemu miastu Guernica, które 26 kwietnia 1937 roku została zbombardowana przez niemieckich współpracowników Franco. Wiadomość o zniszczeniu miasteczka wstrząsnęła ówczesną Europą, szybko stając się symbolem nacjonalistycznego okrucieństwa wojennego. Malowidło przedstawia zamęt, agonię i trwogę niewinnych i nieskalanych. Czerń i biel mieszają się z obrazami płaczącej kobiety i rannego, skupionego na bolesnej agonii żołnierza. Aż trudno uwierzyć, że „ludzie ludziom zgotowali ten los".
Barcelono, trwaj. To miasto, ten region zasługują na najlepszą drużynę świata.
* Mercè Rodoreda, „Diamentowy plac”.
** Juana Marsé, „Ogony jaszczurki”.
autor Mateusz Bystrzycki

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
|

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz lub

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.