Najnowsze Wyniki/Kalendarz
WP SportoweFakty / Jacek Wojciechowski / Koszykówka / zdjęcie ilustracyjne

Michał Hlebowicki: Podoba mi się jasny cel. Zawsze wyznaczałem sobie drabinkę

Adam Popek
Adam Popek


Liczy się bardziej dyspozycja fizyczna.

- Dokładnie. Byli i starsi. Koszykówka idzie w stronę zdolności motorycznych, biegania, dynamiki, ale myślenie czy doświadczenie też są potrzebne.

Trafiacie niejako na niszę, bowiem męska koszykówka w Krakowie wśród elity ostatnim razem zaistniała jako Unia/Wisła. Później jedynie żeńska Wisła Can Pack reprezentowała czołowy segment, dlatego kibice są spragnieni dużych emocji. Póki co, powoli kroczycie we właściwym kierunku. Mecze odbywacie już w małej Tauron Arenie, posiadającej większe trybuny niż hala przy ul. Kamiennej. Stajecie przed szansą zbudowania czegoś trwałego.

- Dokładnie, trzeba podziękować naszemu szefowi, Dominikowi, który zainwestował w nas i wierzy, że faktycznie dojdziemy do ekstraklasy. Robi ile się da, żeby stworzyć nam w pełni profesjonalne warunki, przyzwyczaja kibiców do tego ducha rywalizacji. Choćby niedawne derby Krakowa zgromadziły imponującą publikę. Dziewczyny z Wisły świetnie sobie radzą, ale rozumiem, że brakuje męskiego basketu. Przecież on w tym mieście bardzo długo funkcjonował! Nie zapominajmy tego. Cieszę się, że idziemy taką drogą. Wiem, iż szef dąży do tego, by jeszcze w obecnym sezonie wystąpić na hali Tauron Areny!

Jeszcze w drugiej lidze?

- Tak, czy to play-off czy rozgrywki pucharu Polski, tego nie wiem. Istnieje takie założenie. Tylko się cieszyć.

Ma pan pewno wiele spostrzeżeń jeśli chodzi o świat koszykarski. Jak porównać, powiedzmy pana Dojlidy Białystok do obecnej gry?

- Ja miałem to szczęście biegać po boisku w trzech dekadach koszykarskich. Zaczynałem w latach 93/94, wtedy zaliczyłem debiutancki sezon pod trykotem warszawskiej Polonii. Niewiele osób o tym pamięta, chyba bardziej kojarzą właśnie 97/98 i Białystok. Później rok 2000, 2010… Jest to inna koszykówka. Nawet oglądając tamte spotkania da się zauważyć, że pod względem szybkości, nacisku na piłkę czy zwłaszcza obrony są różnice. Idąc dalej, warunki fizyczne, treningi, nowe metody, trenerzy od przygotowania motorycznego, rozciąganie, zajęcia na siłowni… Ktoś mądry pracuje nad tym, by całość podążała w kierunku większej efektowności i efektywności.

Sport generalnie stawia na atletyzm, jednak nie brakuje panu czasem czystego polotu i techniki, jakim choćby charakteryzowała się reprezentacja Jugosławii u przełomu lat 80/90-tych?

- Tak, miałem przyjemność jeszcze rywalizować z kadrą Jugosławii. Krótko, ale jednak. Grałem przeciwko rozgrywającym Djordjević, Obradović, środkowym Żeljko Rebracy. Dejana Bodirogi akurat zabrakło. To coś niesamowitego. Oni wcale nie byli tacy szybcy, dynamiczni, ale tak zgrani i mądrzy, że pokonywali innych z zapasem. Takie rzeczy są wpajane od zawsze. Teraz się nieco podzieliło, bo większą role odgrywa wspominana fizyczność. Faktycznie brakuje mi trochę tego stylu. Ja nawet bardziej lubię sobie popatrzeć na koszykówkę europejską. NBA oglądam, ale przyznam, że zazwyczaj od finałów konferencji. Bardziej cenię spanie, obecnie dla mnie ważniejsze. Chociaż słyszałem o wyczynie Stephena Curry i jego 13 "trójkach" w meczu, a dwa dni wcześniej spudłował 10 prób. Tego się nie da nie wiedzieć w dobie internetu. Też zatem wolę taki poukładany basket niż, jak mawiał mój trener z Łotwy, koszykówkę indiańską, czyli hurra do przodu, non stop zmiany, przekazywanie krycia itd. Jednak w ten sposób szuka się szansy. Ja mając przewagę fizyczną pod koszem uciekam się do wykorzystania tego atutu, ktoś natomiast próbuje znaleźć sposób, żeby zdobyć punkty dla siebie.

Jak oceniłby pan łotewską ligę w stosunku do naszej plk?

- Może zacznę od młodzieży. Ona jest tam rozwijana w sposób bardziej poukładany, mądrzejszy. To widać w poszczególnych kategoriach wiekowych. Są konsekwentni, realizują programy, nie zmieniają trenerów. Zdaję sobie sprawę, że łatwiej jest monitorować proces szkolenia w mniejszym państwie. Każdy kraj preferuje też swój styl. Oni zawsze dobrze rzucali za trzy, imponowali techniką, aczkolwiek warunkami wzrostowymi już nie. Kadry, męska i żeńska, walczyły o udział w Igrzyskach Olimpijskich. Sam fakt należy docenić. Na Łotwie jest również mniej zamieszania. Większość rzeczy wydaje się przemyślana, przekalkulowana. Ponadto, warto zaznaczyć, że dla Łotyszy koszykówka jest sportem numer dwa. U nas wiadomo, piłka, piłka i piłka. Nikomu przy tym nie zamierzam ujmować. Sam nawet trenowałem futbol w Polonii Warszawa zanim zameldowałem się pod tablicami. Lubię piłkę i pograć sobie. Wracając do Łotwy, dyscyplinę ponad podziałami stanowi hokej. U sąsiadów, Litwinów, koszykówka w ogóle uchodzi za kult. Funkcjonuje nawet anegdota, że dziecko rodzi się albo z pomarańczową piłką, albo kijem do hokeja w ręce.

Wypowiadał się pan parokrotnie, że zawsze chciał wyjechać. Kiedy przychodziły takie propozycje, zabierał pan rzeczy i w drogę. Trochę świata udało się zwiedzić dzięki temu.

- Tak i nie będę mówił, że za późno podejmowałem te kroki. Piękne chwile spędziłem w Warszawie, Białymstoku, Sopocie, Pruszkowie. Miałem także moment pauzy przez zerwanie więzadeł krzyżowych w kolanie, aczkolwiek odbudowałem formę. Nastąpiło to w Słupsku. Ciekawa historia wydarzyła się po odejściu z Polonii. Miałem okazję wyjechać do Rosji, konkretnie do Unicsu Kazań, ze względu na to, że moja małżonka Ilze dostała tam kontrakt i poprzez jej kontakty dostałem szansę pokazania się w tym klubie. Wielkich nadziei sobie nie robiłem, lecz trenowałem przez półtora miesiąca w bardzo silnym zespole o budżecie 25 milionów dolarów. Był tam m in. znany z NBA Shammond Williams. Sama możliwość ćwiczenia w takim towarzystwie pod okiem znakomitego szkoleniowca, Stanislava Jeromina dała kapitalny bagaż doświadczeń. Dostałem nawet propozycję zostania w drugiej drużynie, ale nie zdecydowałem się. Podobnie, mimo bardzo intratnego kontraktu, odmówiłem angażu w Spartaku Władywostok. Postanowiłem pojechać na Łotwę, odbudowałem się. Grałem dla Barons Ryga, z którym zdobyliśmy puchar Europy FIBA, mistrzostwo kraju. Potem dwa, bardzo ciekawe lata spędzone na Cyprze. Wielu myśli, że ta lokalizacja oznacza sportową emeryturę, tymczasem liga naprawdę może się podobać. Ugraliśmy dwa tytuły mistrzowskie, awansowaliśmy dwukrotnie do ćwierćfinału pucharu FIBA. Dalej Ukraina, jeden sezon. Trochę zwiedziłem, poznałem mnóstwo wspaniałych ludzi. Teraz przychodzi mi jeszcze do głowy Argentyna, gdzie grałem przeciwko Manu Ginobili. Tego mi nikt nie zabierze. Syn nie wierzył, jak mu opowiadałem. Mama wycinała mu z gazet różne wzmianki, artykuły i dopiero sam zobaczył, że Hlebowicki rzucił 13, a Ginobili 11 "oczek". Przegraliśmy wtedy z pierwszą reprezentacją Argentyny nieznacznie, sześcioma punktami podczas tournée. Nauczyło mnie to wszystko radości oraz pokory, ponieważ nie zawsze było perfekcyjnie. Przychodziły momenty zwątpienia. Te więzadła krzyżowe, na Ukrainie z kolei przytrafiły się kłopoty z Achillesem i konieczna była operacja.

Później okazywało się, że może pan grać, dobrze grać.

- Tak i to najważniejsze. Jak wspominałem, od samego początku sobie to poukładałem, chyba od 16 roku. Naprawdę nie wiem kto mnie tego nauczył, bo raczej sam wiedziałem, że chcę iść szczebel po szczeblu. W wieku 16 lat już mogłem pójść do Mazowszanki, zdobyć mistrzostwo Polski, tylko pewnie nie byłbym na boisku. Wtedy wchodzili m in. Leszek Karwowski, Tomasz Suski, rok starsi gracze i oni pełnili rolę zmienników czołowych gwiazd. Ja założyłem sobie te szczebelki. Złotego medalu w Polsce nigdy nie wywalczyłem. Był brązowy, puchar. Świętowałem za to mistrzostwa gdzie indziej.

Czy R8 Basket Politechnika Kraków awansuje do I ligi?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Komentarze (0):

Komentarze (0)

PRZEJDŹ NA WP.PL