Najnowsze Wyniki/Kalendarz

Tomasz Lorek: Danny Boyle - ministrant przemieniony w reżysera

Tomasz Lorek
Tomasz Lorek
Miał być księdzem. Przez 8 lat służył do mszy, był wychwalanym ministrantem. Mama modliła się, aby poziom uduchowienia jej syna powędrował powyżej Makalu - pisze ekspert TAURON Polska Energia.

Ona, Irlandka, chciała, aby mieszkańcy prowincjonalnego Radcliffe, szanowali Danny’ego za to, że głosi słowo Boże. Matczyne wysiłki zdały się na nic, kiedy ukochany syn, któremu wolno było więcej niż córkom, spotkał się ze znanym w okolicy księdzem. - Miałem przenieść się ze szkoły do seminarium w Wigan, ale kiedy ma się 14 lat, człowiek często słucha podszeptów osób spoza rodzinnego kręgu. Ksiądz z Radcliffe odbył ze mną poważną rozmowę i odradzał mi kapłaństwo. Posłuchałem i chyba nie wyszedłem na tym najgorzej. Martin Scorsese też miał być księdzem, ale los sprawił, że stworzył "Taksówkarza". Myślę, że ksiądz i reżyser mają wiele cech wspólnych. W odprawianiu mszy jest coś magicznego, teatralnego, podobnie jak w filmie. To wmawianie ludziom, że mają myśleć tak jak ty. Moje siostry miały trudniej, bo rodzice chcieli, aby zdobyły "porządny" i konkretny zawód- twierdzi Brytyjczyk Danny Boyle, reżyser takich obrazów jak "Trainspotting", "28 days later" czy "Slumdog Millionaire".

Sebastian Coe, dwukrotny mistrz olimpijski w biegu na 1500 metrów z igrzysk w Moskwie (1980) oraz Los Angeles (1984) uwielbia szaleństwo mieszkające w głowie Danny’ego Boyle’a. Fenomenalny lekkoatleta jest przewodniczącym komitetu organizacyjnego igrzysk w Londynie. Kiedy Danny Boyle wpadł na pomysł, aby królowa Elżbieta II skoczyła ze spadochronu (używając mięśni, kończyn i głowy kaskadera) podczas ceremonii otwarcia igrzysk, Coe był wniebowzięty. - To genialne. Zaraz uruchomię mojego człowieka z kręgów bliskich królowej - mówił podekscytowany Sebastian Coe. Chwycił za telefon, zadzwonił do Edwarda Younga, sekretarza królowej Elżbiety II. Skąd Coe miał tak wyśmienite kontakty? Otóż w latach 1999 - 2001 wraz z Edwardem Youngiem doradzali brytyjskiemu politykowi, ówczesnemu liderowi partii konserwatystów, Williamowi Hague. Kiedy Edward usłyszał w słuchawce głos Sebastiana, starego dobrego kumpla, ucieszył się, wrzasnął z radości, po czym zastygł. Young poprosił Coe, aby przedstawił mu szczegóły pomysłu. Wsłuchiwał się w każde słowo Sebastiana, imponował rozwagą, wyglądał jak spokojna tafla jeziora, po czym nagle zamienił się w rozszalały ocean. Young zaczął rechotać kiedy usłyszał o tym, co wedle opętańczej inwencji Boyle’a miałaby uczynić królowa Elżbieta II. - Obiecuję, że zapytam Szefową - rzekł Young kiedy Coe zakończył omawiać pomysł Boyle’a. Kilka dni później uszy Sebastiana Coe zostały nasączone wspaniałą wiadomością. Królowa wyraziła zgodę na udział w tym ciekawym eksperymencie. Coe omal nie wyściskał Boyle’a z radości.

Danny Boyle wiedział, że Coe nie chodzi tylko o to, aby przez 2 i pół tygodnia Londyn był na ustach całego świata. - Igrzyska mają zachęcić ludzi do uprawiania sportu na wszystkich poziomach. Nie chodzi tylko o to, aby wielbić wyczynowych sportowców. Chcę, aby ludzie zrozumieli, że ruch, aktywność, to coś wspaniałego - twierdzi lord Coe, który w trakcie kariery politycznej potrafił przebiec maraton w czasie 2 godzin i 58 minut.

Boyle odfrunął w przestworza. Przypomniał sobie czasy kiedy pracował jako kierowca w teatrze. Woził rekwizyty, nawiązywał kontakty, uwielbiał sztukę dramatu, podpatrywał reżyserów. - Ludzie często pytają mnie jak najłatwiej dostać się do przemysłu jakim jest show biznes. Twierdzą, że to niemożliwe bez układów. Po części zgadzam się z tą opinią. To niemożliwe, jeśli wybierasz drogę na skróty jak większość zwykłych śmiertelników. Jeśli jesteś wytrwały, uparty, masz w sobie odrobinę talentu i mnóstwo determinacji, a także odwagę i szczyptę szaleństwa, aby naruszać utarte schematy, to na pewno ci się uda. Chyba trochę tak jak w sporcie, nieprawdaż? - rechocze Danny Boyle, dziś na tyle niezależny twórca, że stać go było na eksperyment pt. "127 hours".

Danny Boyle, niegdyś ministrant, dziś ceniony reżyser, twierdzi, że sława przeszkadza w procesie tworzenia dzieła. - To największe niebezpieczeństwo dla reżysera. Dostrzegłem, że ludzie, którzy ze mną pracowali przy produkcjach filmowych po tym jak odniosłem sukces, byli bardzo pasywni. Odpowiadali: tak, masz rację. Nieprawda. Ja też się mylę, jestem tylko człowiekiem. Nie chcieli dyskutować ze mną, a przecież burza mózgów, rozważanie rozmaitych pomysłów na sztukę jest fascynujące. Uważam, że ekipa filmowa ma składać się z ludzi, którzy nie boją wyrażać się swojej opinii. Z tego względu często najlepszy w dorobku reżysera jest pierwszy film. Może nie pod względem technicznym, bo przeważnie brakuje ci wiedzy i pieniędzy, więc działa się trochę po omacku, ale zachowuje się spontaniczność, nikt nie traktuje cię jak nieomylnego typa, bo nie masz jeszcze 15 Oscarów i sześciu nagród BAFTA, wszyscy pracują w pocie czoła i świetnie się bawią, bo odkrywają nowe przestrzenie - zauważa Danny Boyle.

Kiedy Danny dzwonił do ojca ciesząc się, że może realizować swoją pasję i reżyserować filmy, nie wiedział jeszcze, że przemysł filmowy może zrujnować relacje w domu. - Trochę za późno zrozumiałem, że żyję w świecie, w którym operuje się nieprzyzwoicie wielkimi pieniędzmi. Poczułem się jak zbrodniarz kiedy tata zamilkł po tym jak poinformowałem go o wysokości mojego honorarium za ostatni film. Tata nie zarobił takich pieniędzy przez całe swoje życie. Pomyślałem, że ta cisza w słuchawce jest równie długa i męcząca jak wspinaczka na Aconcaguę. Zrobiło mi się przykro. Dotarło do mnie, że nawet najbliżsi nie zawsze postrzegają sztukę jako miejsce gdzie możesz spełniać najbardziej pokręcone marzenia i szalone wizje, bo myśli o finansowym aspekcie mogą przyćmić artystyczny wydźwięk dzieła - zamyślił się Boyle.

Ludzie mieszkający po drugiej stronie londyńskiej ulicy często uważają Boyle’a za dziwaka i samotnika. - Nie jestem odludkiem, choć nawet moja była małżonka i trójka dzieci twierdzą, że cierpię z powodu samotności. A ja uważam, że życie jest piękne. Robię dość nudne rzeczy: czytam książki, słucham muzyki, oglądam czasami telewizję. Reżyseria to też w gruncie rzeczy nuda. 95% tej pracy to wyścig ze stresem, bo zawsze chcę, aby wszystko było perfekcyjne. Jednak nie zamieniłbym się na żadną inną pracę. Robota od dziewiątej do piątej zwyczajnie mnie nie kręci…- wyznaje Danny Boyle.

Sir Steve Redgrave, muzyka sir Edwarda Elgara, rewolucja przemysłowa, przeobrażenie brytyjskiej wsi, Bradley Wiggins, Mike Oldfield i jego odlotowe "Tubular bells". Daniel Craig w roli Jamesa Bonda. Kaskader Gary Connery grający królową Elżbietę II wykonał skok w kapeluszu (Boyle dopilnował, żeby kapelusz odpowiadał aktualnym trendom), Londyńska Orkiestra Symfoniczna wykonująca "Rydwany ognia" Vangelisa, hołd złożony fascynującej gwarze cockney, Rowan Atkinson, muzyka Led Zeppelin, The Beatles, The Who, Queen, Rolling Stones, Sex Pistols, Frankie Goes to Hollywood. Boyle wyreżyserował znakomite widowisko.

Można się jedynie zastanawiać co fenomenalnego przygotują Brytyjczycy na ceremonię zamknięcia igrzysk olimpijskich. Byłoby cudnie, gdyby popłynął nieśmiertelny numer Boba Marleya, "Exodus". Trzykrotny złoty medalista igrzysk w Londynie, fenomenalny sprinter z Jamajki, Usain Bolt, poczułby, że jest w niebie. "W młodości zaczęliśmy tak samo jak ludzie z Biblii, od wielkiego exodusu, od ucieczki… Nazwaliśmy się The Wailers (lamentujący, zawodzący), bo zrodziła nas rozpacz…" - pisał przed laty Bob Marley…

TOMASZ LOREK

Komentarze (0):

Komentarze (0)

PRZEJDŹ NA WP.PL