WP SportoweFakty

Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Getty Images / Alex Livesey / Na zdjęciu: Luka Modrić i Danijel Subasić cieszą się z pokonania Danii

Mundial 2018. Chorwacja - Anglia. Luka Modrić - czarny charakter na białym koniu

Marek Wawrzynowski
Marek Wawrzynowski
Luka Modrić jest piłkarzem wybitnym, ale rodacy, zamiast miłości, czują do niego głównie żal. Wielki pomocnik okazał się krętaczem. A teraz próbuje odkupić winy na mundialu. Idzie mu bardzo dobrze.

W 1998 roku Chorwaci na mundialu we Francji byli trzecią drużyną świata. Od tej pory do tamtej ekipy porównywana jest każda kolejna reprezentacja - tak jak nasze porównywane są do "Orłów Górskiego". Miało się udać w 2008 roku, ale Chorwaci przegrali pechowo z Turcją. Miało się udać w 2016 roku, ale skuteczniejsza, bo na pewno nie lepsza, była Portugalia. W końcu się udało. Ale to nie koniec drogi dla kadry i jej wielkiego lidera - Luki Modricia. Na początku turnieju w Rosji pokazywano jako przykład trzech wielkich piłkarzy, którzy prowadzili do boju czy nawet ratowali swoje drużyny w kluczowych momentach: Cristiano Ronaldo, Toniego Kroosa i Lukę Modricia. Łączy ich klub - Real Madryt. Dwaj pierwsi szybko odpadli z turnieju. Chorwat został w grze.

Modrić musi udowadniać rodakom sporo. Nie jest kochany we własnym kraju. Wydaje się to dziwne, bo przecież gra w Realu, dał od siebie sporo reprezentacji. Ale też ma sporo za uszami.

Zawiedziony fan mógłby powiedzieć, że "nikt nie jest prorokiem we własnym kraju", ale chyba bardziej do Modricia pasuje powiedzenie, że "nikt nie stoi ponad prawem". Choć po mundialu może się to zmienić. Ale dziś Chorwaci mają żal do swojego lidera, że brał udział w machlojkach finansowych. A było tak: połowa pieniędzy z jego transferu do Tottenhamu trafiła - niezgodnie z prawem - na jego konto. A stamtąd wywędrowała na konto Zorana Mamicia, człowieka który rządził Dinamem Zagrzeb i tak naprawdę trząsł całą chorwacką piłką, stosując przy tym metody z pogranicza świata gangsterskiego.

ZOBACZ WIDEO Mundial 2018. Najlepszy rok w karierze Modricia? "Jeśli Chorwacja zdobędzie medal to może zgarnąć Złotą Piłkę"

Mamić podpisywał umowy z większością młodych piłkarzy Dinama. Ich interesów formalnie pilnował Mario, syn działacza. Każdy zawodnik miał podpisaną klauzulę, że pieniądze z ewentualnego transferu są dzielone między klub a piłkarza. Tyle tylko że pieniądze, które trafiały do kieszeni zawodników, wędrowały potem dalej, do Mamicia. Teoretycznie nic zdrożnego, ale w przypadku Modricia i innego z liderów drużyny narodowej, Dejana Lovrena, klauzule zostały - według prokuratury - podpisane z datą wsteczną, już po tym jak zawodnicy zostali sprzedani. By uniknąć podatku Modrić - dosłownie - pobrał pieniądze z konta (dostał 10,5 miliona euro, a pobrał i przekazał 8,5 miliona), zapakował je do torby i przekazał przedstawicielowi rodziny bossa.

Mamić został skazany na 6,5 roku więzienia, ale uciekł do Bośni, gdyż ma obywatelstwo tego kraju. Jego brat Zdravko dostał wyrok 4 lat i 11 miesięcy. A co na to Modrić? Przed sądem zeznał, że śledczy tak mu namotali w głowie, że zgodził się z ich wersją. Ale w rzeczywistości zapisu w kontrakcie dokonano wcześniej. Poza tym większości szczegółów sprawy po prostu nie pamiętał. Podczas mundialu w Rosji furorę w chorwackich mediach robił jeden z kibiców, który paradował w chorwackiej koszulce z numerem 10 i, zamiast nazwiska zawodnika Realu, napisem "Nie pamiętam". W Zagrzebiu powstał nawet mural z tekstem: "Luka, któregoś dnia sobie przypomnisz". Podczas mundialu w Rosji jeden z brytyjskich dziennikarzy zapytał piłkarza w pomeczowej strefie wywiadów, czy ta sprawa mu nie ciąży. Modrić się wykpił: "Nie masz mądrzejszych pytań? To jest mundial i nic innego nie jest ważne. Ile nad tym myślałeś?".

Chorwaci są w trudnym położeniu. Kochają go na boisku, ale nie szanują poza nim. Ten niepozorny wzrostem chłopak, który równie dobrze mógłby być kelnerem i w cywilu niewielu by go poznało, jest zarówno wielkim graczem jak i wielkim krętaczem. Jest czarnym charakterem, który zamierza wrócić z Rosji na białym koniu.

Jego pokrętne tłumaczenia raczej nie spotkały się ze zrozumieniem w kraju, mimo iż jest to kraj zakochany w futbolu, a dziś nie ma piłkarza, który byłby w stanie konkurować z Modriciem pod względem jakości.

A przecież nie zawsze tak było. W 2008 roku odwiedziliśmy go z kolegą w Zagrzebiu, gdzie był gwiazdą Dinama. U nas wtedy nie było o nim głośno, ale Chorwaci nie mieli wątpliwości, że rodzi się piłkarz wielkiego formatu. Było świeżo po tym, jak miejscowy magazyn piłkarski "Prva Liga" przeprowadził tradycyjne głosowanie na najlepszego piłkarza Chorwacji za rok 2007. Głosowali, jak co roku, przedstawiciele 20 redakcji. Wszyscy na pierwszym miejscu umieścili rewelacyjnego pomocnika Dinama Zagrzeb, choć w tym czasie wielu chorwackich piłkarzy zachwycało na stadionach całej Europy. Modrić miał wtedy 22 lata i wciąż grał w ojczyźnie.

Slaven Bilić powiedział nam wtedy: - Panowie, gdyby Luka urodził się w Anglii, jako 16-latek trafiłby do Manchesteru United albo innego wielkiego klubu.

To prawda, kariera Modricia rozkręcała się powoli, również ze względu na okoliczności. - Pochodzę z małej wioski niedaleko Zadaru, tuż przy wybrzeżu Adriatyku. W czasie wojny o niepodległość niedaleko nas prowadzone były ciężkie walki. Później do wsi weszli serbscy żołnierze. Znaleźliśmy się pod okupacją. Musieliśmy z całą rodziną, mamą, tatą i siostrą uciekać do Zadaru. Mieszkaliśmy wszyscy w małym hotelowym pokoiku. Przez niemal całą wojnę musieliśmy radzić sobie bez prądu, wody i gazu. Trafiliśmy z deszczu pod rynnę, bo z miejsca okupowanego do miasta, które przez długi czas było pod ostrzałem artyleryjskim. Na początku dodatkowo miasto było bombardowane. Na szczęście nigdy nie miałem takiej sytuacji, żebym musiał naprawdę bać się o życie. Nie było nam łatwo, ale ja będę wspominał ten czas też jako kluczowy dla mojego dalszego życia. Już w czasie wojny zapisałem się do miejscowego klubu i grałem tam przez lata, a gdy miałem 16 lat, przeszedłem do Dinama Zagrzeb. I do tej pory tu jestem - mówił Modrić. Gdy wybuchła wojna, miał 6 lat. Jego ojciec służył w armii, dziadek został stracony przez serbskich policjantów.

Z czasem, jako nastolatek, próbował szczęścia w Hajduku Split, ale uznano tam, że nie da rady fizycznie. I być może tak by właśnie było, ale wkrótce Luka przeszedł szkołę życia w Bośni, w klubie Zrinjski Mostar. - Dla mnie ten etap był bardzo ważny. Mogłem zagrać z profesjonalnymi piłkarzami, to wpłynęło na mnie jako piłkarza. Tam dojrzałem. Ta liga jest bardzo ostra, powiedziałbym że brudna. Gra się nie fair, rywale często traktują cię łokciami. Uznałem, że skoro poradziłem sobie tam jako 17-latek, to poradzę sobie wszędzie. Pod względem fizycznym na pewno - opowiadał zawodnik, który mierzył zaledwie 172 centymetry, ale nie bał się starć z boiskowymi zabijakami.

Minęły zaledwie 4 lata i był już największą gwiazdą chorwackiej piłki. I liderem drużyny, która miała podbić kontynent podczas mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. Slaven Bilić, selekcjoner, zapewniał wtedy, że ekipa jest lepsza niż drużyna z 1998 roku, z którą on sam, jako zawodnik, sięgnął po trzecie miejsce na świecie. Luka kochał tę drużynę, jak każdy w kraju. Ściany jego pokoju były oblepione plakatami Zvonimira Bobana.

Nieco później grywał już na konsoli do gier w grę FIFA i zwykle wybierał Barcelonę. Marzył o transferze do tego klubu. Nie mógł wiedzieć, że los szykuje dla niego rozwiązanie bardziej niż zaskakujące. Ale najpierw do Zagrzebia zaczęły spływać oferty. Głównie ze wschodu. Szachtar Donieck oferował za zawodnika 15 milionów euro, dodatkowo dawał mu 10 milionów do kieszeni. Fortuna, ale piłkarz nie chciał. Wolał pograć w Dinamie. Pojawiły się oferty z Anglii. Arsenal, Manchester City i w końcu Tottenham. To właśnie do tego klubu ostatecznie trafił. Kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby znowu nie został skreślony. Tym razem, trudno w to uwierzyć, przez samego Arsene'a Wengera, który nazwał go zawodnikiem wagi lekkiej.

W tamtym czasie grywał na pozycji numer 10. Dopiero z czasem się cofnął i dziś gra głębiej, dyryguje z głębi boiska, przez co może nie jest aż tak bardzo efektowny, za to wyjątkowo efektywny.

Harry Redknapp, menedżer klubu, powiedział: "To jest kawał piłkarza, marzenie każdego menedżera. Trenuje jak demon, nigdy się nie skarży, pracuje z piłką i bez, może pokonać obrońcę dryblingiem albo podaniem". Redknapp już wtedy uważał, że Modrić jest na poziomie dowolnego klubu z tzw. Wielkiej Czwórki: Manchester United, Arsenal, Chelsea i Liverpool, które w tamtym okresie zdominowały krajowe rozgrywki.

To był szczyt szczytów, ale Modrić mierzył wyżej. W 2012 roku został wytransferowany do Realu Madryt, a więc trafił na okres największych sukcesów klubu od lat 50. Publicysta brytyjskiego "The Guardian" nazwał go piłkarzem, który sprawia, że wszystko dookoła działa nieco lepiej. Ma na koncie cztery wygrane w Lidze Mistrzów, sporo indywidualnych tytułów, jednak w głosowaniu na "Złotą Piłkę" doceniono go dopiero w 2017 roku, gdy zajął 5. miejsce. Ale dopiero gdy gra dla Chorwacji, gdy nie ma w składzie madryckiego gwiazdozbioru, widać, jak ten cichy przywódca wiele znaczy dla drużyny.

Czy Luka Modrić będzie w tym roku na podium plebiscytu "Złota Piłka"?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Komentarze (8):

Pokaż więcej komentarzy (5)