Najnowsze Wyniki/Kalendarz

Nie jestem zainteresowany pracą byle gdzie - rozmowa z Orestem Lenczykiem

 Redakcja
Redakcja

W sumie miał pan kilka klubów, które stały się mocne, ale nigdy nie miał pan klubu z topu, o ile sam sobie tego nie stworzył.

- Ktoś kiedyś powiedział, że po Lenczyku kluby mają problemy. Byłem w Krakowie, po mnie w ciągu 2 lat zmieniono 5 trenerów. A po co ja tam byłem? Nie jestem facetem, który przychodzi sobie popracować i wynocha.

Co nie zmienia faktu, że od potentatów był pan zazwyczaj daleko?

- Dziennikarze mnie czasem pytali czy jestem zainteresowany tą, albo tamtą pracą. Za dobrze znam kluby, ludzi, którzy tam są. Jaka by tam była moja rola? Nie tylko w piłce nożnej, w trenerce, poszła tendencja postawienia na młode wilki w czarnych garniturach. Utarło się, że trener im starszy, tym głupszy. A to nie jest prawda. Przez lata ciągle szukaliśmy innej drogi ze sztabem, żeby nie wejść w rutynę, która doprowadzi do regresu. Ale ciągle mam otwartą głowę i mogę sporo rzeczy realizować.

Młodzi to komputery, programy, statystyki a pan raczej się z komputerem nie kojarzy?

- Ważna jest głowa. Jak tego się nie ma, to można się gapić w obraz z monitora bez pojęcia, co się widzi.

Wróćmy do tego, że brakuje panu w karierze klubów z topu, takich jakimi dziś są Legia, Lech.

- Byłem kandydatem do Lecha Poznań, ale ponad 30 lat temu, wybrałem Śląsk. Do Legii też byłem kandydatem, ale to jakieś 15-18 lat temu. Zgadzam się, że są trzy, cztery kluby, które trzymają się góry. Ale to nie jest sprawa trenera, a władz klubu, kiedyś resortu a teraz ogromnych pieniędzy. Ale jak pan widzi pieniądze mnie nie kochały. Miałem jednak okazję trenować wielu wspaniałych piłkarzy, to się liczy.

Miał pan szansę być selekcjonerem? Mam wrażenie, że to jest jakieś niespełnienie.

- Było kilka sytuacji, ale zdając sobie sprawę, jakim jestem trenerem, a bardziej jakim jestem człowiekiem, nie było to możliwe. Biorąc pod uwagę kto jest decyzyjny, nigdy nie miałem szansy. Kiedyś w PZPN siedzieliśmy i rozmawialiśmy o kandydatach. Może ten, może tamten. Siedział koło mnie Jurek Talaga i pytam go: "Jaki powinien być selekcjoner?". On wymienia cechy, wtedy go pytam: "A mi czego brakuje w takim razie?". On myśli i mówi: "K…, chyba niczego". To było jakieś 8, 10 lat temu. Ale nawet przed ostatnim EURO 2012 pojawiła się moja kandydatura. Jak Waldek był kandydatem na selekcjonera, ja w Śląsku robiłem dobrą robotę. I nie chodzi o mistrzostwo, a o takie mecze, jak z Legią w Warszawie. Ale ja wiedziałem kto decyduje. I jak mnie ludzie pytali, mówiłem: "Ja jeszcze poczekam". Ale już się nie doczekam. A teraz może lepiej, że nie pracuję, na zdrowie mi to wyjdzie. A jeśli moja osoba nie interesuje tych, którzy decydują o pracy, również w klubach, to nie mogę powiedzieć, że to moja strata.

Czyli telefon nie dzwoni?

- Rozmawiano ze mną, ale wiem kto skąd dzwoni, i wiem co tam się dzieje. Więc odpowiadałem grzecznie: "Dziękuję, ale nie jestem zainteresowany pracą w pańskim klubie". Nie jestem zainteresowany pracą byle gdzie. Nie obrażając klubów, chodzi raczej o ludzi, którzy są pańskimi przyjaciółmi gdy pan przychodzi, ale po dwóch meczach zaczynają czaić się za plecami. Oni i tak zostaną.

Mentalność, brakuje innego sposobu myślenia. Patrzymy na Niemców, jest tam niemalże taka grupowa zmiana myślenia, jeśli jest taka potrzeba.

- U nas sprowadza się ludzi z kapelusza i jakoś to idzie. Oglądałem w ostatnich latach setki meczów, niektóre po dwa razy. Wydaje mi się, że presja wyniku była tak ogromna, że piłkarze przestali grać i walczą. Od lat mnie to przeraża. Gra szósta z czternastą drużyną. Ogląda pan z myślą, że któraś będzie lepsza, ale tego nie widać. Jest brak umiejętności, za to trenerzy coraz lepiej potrafią przygotować zawodników fizycznie. Prawie każdy mecz zamienia się w "typowy mecz walki".

Ale pan też temu uległ. W Śląsku Wrocław próbował pan systemu z trzema ofensywnymi zawodnikami, którzy będą grać kombinacyjnie, ale chwilowe niepowodzenie sprawiło, że porzucił to i wrócił do tradycyjnego ustawienia.

- Jeśli panu grozi mistrzostwo Polski, to zaczyna pan myśleć w sposób bardziej racjonalny. I przestaje podniecać się widowiskiem dla kibiców. Jeśli chodzi o rolę trenera, to musi być najważniejszy w klubie. Powinien być, choć czasem jest to ktoś z kapelusza czy z układów. Jeśli żąda się od trenera, żeby był zawodowcem, to nad nim też powinni być zawodowcy. Taki Guy Roux był ponad 40 lat w Auxerre. Jeśli w klubie jest taki człowiek to patrzy: "za pół roku będzie mi brakować prawego obrońcy, za rok rozgrywającego, za dwa lata bramkarza". Patrzy perspektywicznie. I już jest sytuacja dbania o losy klubu, a nie "wygrana, przegrana, szansa jest, tu i teraz"! Nie chodzi o trenera. Musi być po prostu ktoś taki w klubie. Czy u nas są tacy? Raczej nie.

Rozmawiał: Marek Wawrzynowski

#dzejesiewsporcie: Obrońca uratował zespół


Źródło: sport.wp.pl

Komentarze (3):

Komentarze (3)

×
PRZEJDŹ NA WP.PL