WP SportoweFakty

Najnowsze Wyniki/Kalendarz
PAP / Leszek Szymański / Na zdjęciu: kibice Jagiellonii Białystok

List otwarty do Zbigniewa Bońka. Kibic oburzony potraktowaniem podczas finału Pucharu Polski

Robert Czykiel
Robert Czykiel
Niepełnosprawny kibic Jagiellonii przeżył koszmar podczas finału Pucharu Polski. Postanowił opisać całą sytuację i liczy, że zainteresuje się nią prezes Boniek. "Za rok proszę przynajmniej napisać, aby osoby na wózkach siedziały w domu" - pisze.

Bohaterem tej historii jest Dariusz Waśko, który od urodzenia żyje na Podlasiu i jest kibicem Jagiellonii Białystok. Często chodzi na mecze ukochanej drużyny, a stało się to łatwiejsze po wybudowaniu nowego stadionu. Pan Dariusz porusza się na wózku elektrycznym, bo choruje na zanik mięśni.

Dariusz Tuzimek: Kicha na boisku, knot organizacyjny na trybunach (felieton) >>

Za "Jagą" pojechał do Warszawy, by obejrzeć finał Pucharu Polski z Lechią Gdańsk (0:1). Wcześniej już był na PGE Narodowym i wiedział, że obiekt jest przystosowany dla osób niepełnosprawnych. Wykupił bilet na specjalne miejsce, miał ze sobą opiekuna i nie spodziewał się, że na miejscu przeżyje koszmar.

Kibic postanowił napisać list otwarty do prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, w którym opisuje swoją historię. Poniżej kilka fragmentów.

ZOBACZ WIDEO "Druga połowa". Raków już w Lotto Ekstraklasie. Będzie nowa jakość w lidze czy "druga Sandecja"?

"Po zaparkowaniu samochodu udałem się pod bramę nr 1, gdzie wyraźnie było widać znak dostępności dla osób niepełnosprawnych. Służba porządkowa tam stojąca stwierdziła, że nie ma takiej opcji. Nasze bilety są na wejście bramą nr 2 i tam mamy się kierować. Pod bramą numer 2 już wzrokowo można było stwierdzić, że nie damy rady tamtędy wejść. Bramki, schody i dalej schody.

(...)

"Nie ma takiej opcji, bilet macie na bramę nr 2 i tyle." Jadąc ponownie w kierunku bramy nr 2, było słychać rozpoczynający się już mecz, a my jak zbłąkani wędrowcy pukaliśmy do różnych drzwi, ale nikt nie chciał nas wpuścić. Będąc już pod bramą nr 2, byliśmy całkowicie skołowani i załamani. Ja nie mogłem wejść, bo jestem na wózku, a kolega też nie, bo nie mógł zostawić mnie samego.

(...)

Nic się nie da zrobić i rzecz jasna odesłał do bramy nr 1. Siedziałem na wózku w tłumie rozkrzyczanych kibiców i tak samo, jak ja zdenerwowanych zaistniałą sytuacją. Ktoś chciał mnie przenosić na rękach, twierdząc, że był pracownikiem DPS-u, ktoś bluzgał organizatorów, a ktoś inny krzyknął - „Przenieśmy go nad barierkami!” W tym momencie zadziałała psychologia tłumu. Nikt nie słyszał mojego krzyku - „Nieee!”. Nie chciałem podejmować takiego ryzyka, ale to już nie miało znaczenia. Poleciałem w górę i jak na koncercie - w lesie rąk przepłynąłem nad barierkami.

(...)

Jak się później okazało, podjazd był tuż obok, ale został zasłonięty siatką i ukryty przez balon reklamowy. Żadna zapytana osoba ze służby porządkowej nie potrafiła powiedzieć nic konstruktywnego. Radźcie sobie sami i tyle. Znowu więc znaleźli się kibice, którzy wnieśli mnie na pierwszą grupę schodów. Nie wiem ile stopni, ale na pewno bardzo dużo. Na pierwszym poziomie zauważyliśmy podjazd, a na nim kibica na elektryku (poznanego wcześniej) wraz z jego opiekunem. Wjechaliśmy tam razem. Podjazd bardzo stromy, ułożony z kostki brukowej, co jeszcze potęgowało trudność wjazdu, ale daliśmy radę. Na samej górze spotkała nas zamknięta brama i stojąca tam służba porządkowa, która po raz kolejny jednoznacznie stwierdziła, że nas nie wpuści.

(...)

Dotarłem na miejsce wraz z kolegą w 15-tej minucie meczu, ale byłem tak WZBURZONY, że trudno mi się było skupić na meczu. Myślałem - ok jestem, dotarłem, ale czeka mnie jeszcze droga powrotna, a znoszenie takiego wielkiego ciężaru jest jeszcze bardziej niebezpieczne niż jego wnoszenie. (...) W drodze powrotnej znowu skręciliśmy w stronę podjazdu, ale mimo, że już było po bitwie zawodników na boisku, służba porządkowa dzielnie broniła swojej barykady. Jak w wojsku - do ostatniej kropli krwi. Kierownik odcinka zapytany, co mamy zrobić, stwierdził: „Jak tu weszliście, tak zejdźcie"."

Dopiero po interwencji u policjantów, którzy zabezpieczali mecz, panu Dariuszowi udało się opuścić PGE Narodowy. Z pewnością do końca życia zapamięta tegoroczny finał Pucharu Polski. Niestety z powodu licznych problemów i upokorzeń ze strony tych, którzy powinni dbać o bezpieczeństwo i komfort kibiców.

Finał Pucharu Polski. Zbigniew Boniek: Na stadionie musi być trochę rygoru i porządku >>

"Za rok proszę przynajmniej napisać na „Łączy nas piłka”, aby osoby na wózkach siedziały w domu. To przynajmniej będzie uczciwe" - pisze na końcu listu.

Cały list otwarty do prezesa Zbigniewa Bońka możecie przeczytać, po kliknięciu w powyższy post z Facebooka. Polski Związek Piłki Nożnej na razie nie zajął stanowiska w tej sprawie.

Czy PZPN dobrze organizuje finały Pucharu Polski?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Komentarze (8):

    Pokaż więcej komentarzy (5)
    PRZEJDŹ NA WP.PL