Najnowsze Wyniki/Kalendarz
ZAKSA Kędzierzyn-KoźleWP SportoweFakty / Tomasz Kudala / ZAKSA Kędzierzyn-Koźle

Ola Piskorska: Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu? Z Polski jednak nie (felieton)

Ola Piskorska
Ola Piskorska
Trzy polskie zespoły z czołówki ligi odpadły w pierwszej rundzie play off w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Czemu tak się stało?

Tak jak cieszyliśmy się, kiedy trzy plusligowe drużyny wyszły ze swoich grup do następnej fazy rozgrywek Ligi Mistrzów, tak niewiele później musieliśmy pogodzić się z brutalną rzeczywistością: żadna z nich nie przeszła pierwszej rundy play off. Niewątpliwie jest to rozczarowanie i dla klubów i dla kibiców, zwłaszcza, że wiele słów ostatnio padło o sile "ligi mistrzów świata" i jej jakości sportowej. Europa w tym sezonie mocno zweryfikowała zachwyty nad PlusLigą.

Przyczyn polskiej klęski (bo jednak jest to klęska, kiedy ani jeden z medalistów polskiej ligi nie wchodzi w skład sześciu najlepszych drużyn w Europie) jest kilka. Pierwszą z nich i najbardziej oczywista to finanse. Budżety w polskiej lidze są mniejsze niż czołowych klubów z ligi rosyjskiej i włoskiej, ale nawet nie to jest decydujące. Władze plusligowych klubów nie ściągają gwiazd siatkarskich z niebotycznie wysokimi kontraktami, a jeżeli ściągają, to nie są w stanie ich zatrzymać. Używając określenia "gwiazda" rozumiem pod nim nie tylko reprezentantów swoich krajów, ale przede wszystkim zawodników, których w języku angielskim opisuje się jak "game changer" czyli ktoś, kto potrafi sam wygrać mecz i w pojedynkę odmienić losy spotkania nawet przeciwko bardzo mocnemu rywalowi.

W PlusLidze nie ma siatkarzy pokroju Earvina Ngapetha, Wilfredo Leona, Osmany Juantoreny czy Dmitrija Muserskiego. Oni nie chcą u nas grać, a polskie kluby nie chcą im płacić tyle, ile oni oczekują. Najwyższe kontrakty w czołowych polskich klubach mają siatkarze, którzy - jak było dobrze widać - na określenie "game changer" nie zasługują. Doskonali na poziom polskiej ligi, ale nie na najmocniejsze kluby europejskie i ogromną presję.

Oczywiście, nawet bez gwiazd i ze średnim budżetem, można się dostać do sześciu najlepszych ekip naszego kontynentu, co świetnie pokazuje przykład Berlin Recycling Volleys. Trzeba jednak spełnić dwa warunki.

ZOBACZ WIDEO PSG nie odpuszcza liderowi. Zobacz skrót meczu z Olympique Lyon [ZDJĘCIA ELEVEN]

Pierwszy z nich to szczęście w losowaniu. Polskie zespoły w tym sezonie go nie miały, w przeciwieństwie do klubu z Niemiec. Przy czym temu szczęściu można pomóc dobrymi występami w fazie grupowej, gdzie grają drużyny o mniejszym potencjale sportowym, w większości w zasięgu czołówki Plusligi. Niestety i Asseco Resovia Rzeszów i PGE Skra Bełchatów sobie nie pomogły. Innym przypadkiem jest ZAKSA, która mocno niesprawiedliwie została ukarana za świetny występ trafieniem do niezwykle trudnej drabinki. Ich droga do Rzymu była bardziej wyboista niż powinna być.

Jednak i ZAKSA nie spełniła drugiego warunku. Żeby dojść daleko w Lidze Mistrzów bez gwiazd i wielkiego budżetu, trzeba mieć charakter i instynkt zabójcy. W siatkówce niejeden Dawid pokonał już niejednego Goliata i ostatecznie na boisku nie grają euro ani nawet centymetry. Gra drużynowość i determinacja.

Kiedy gra się z ekipą teoretycznie lepszą i o nieco wyższych umiejętnościach indywidualnych, to po pierwsze trzeba umieć stworzyć sobie okazje - dobrze się przygotować taktycznie i to realizować, nie popełniać głupich błędów i nie oddawać zbyt wielu punktów za darmo. Ale po drugie trzeba umieć wszystkie te okazje wykorzystywać, bo następnej może już nie być. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich porażek polskich drużyn w tegorocznej Lidze Mistrzów było tracenie nawet sporych przewag w końcówkach setów.

I to pokazuje, że nie było wielkich różnic w poziomie sportowym, bowiem przy wielkich różnicach dostaje się bęcki do piętnastu, w porywach do dwudziestu, i po godzinie z prysznicem ściska rękę przeciwnikowi mamrocząc gratulacje przez zaciśnięte zęby. Ze znacznie lepszym rywalem nie prowadzi się 23:19 czy 22:18. Niestety, w kluczowych momentach polskie zespoły wszystkie jak jeden mąż traciły głowę i zimną krew, zamiast brutalnie dobić rywali. W przeciwieństwie do drużyny z Berlina, która w zaciętym sześciosetowym pojedynku przegrywała już 0:2, żeby się podnieść i ostatecznie pokonać rywali, rozstrzygając na swoja korzyść po drodze dramatyczny piąty set na przewagi.

Wyglądało na to, że polskie ekipy podeszły do fazy play off Ligi Mistrzów z brakiem wiary, który dopadł je po niespecjalnie udanym losowaniu. I - choć grali bardzo dobrze - to z czasem ten brak wiary u nich wychodził, zwłaszcza kiedy rywal mocniej przycisnął. Bo umiejętnościami nie odstawali wcale tak bardzo i spotkania zaczynali grając na wysokim poziomie. Oczywiście, każdy z zespołów indywidualnie dołożył własne grzechy i problemy (jak kontuzja Tillie w ZAKSIE), ale słabość mentalna i nieumiejętność wygrywania końcówek były cechą wspólną dla wszystkich.

Jakie wnioski można z tego nieprzyjemnego doświadczenia wyciągnąć na następny sezon? Albo założyć, że walka o trofea w LM kosztuje, dołożyć pieniędzy i powalczyć o zawodników klasy światowej (kilku w Polsce już grało jak Grozer czy Conte), którzy są w stanie sami wygrywać mecze albo pogodzić się z tym, że PlusLiga nie jest specjalnie mocną ligą. I że nasi przedstawiciele muszą od pierwszej piłki fazy grupowej dawać z siebie wszystko, żeby pokonywać za trzy punkty Dukle czy inne Craiove, bowiem tylko pierwsze miejsce w grupie (i to przy szczęśliwym układzie zdarzeń) da im szansę uniknięcia w pierwszej rundzie zespołów z Włoch czy z Rosji, z którymi dwa razy wygrać po prostu nie są w stanie.

Kto najbardziej rozczarował swoją postawą w LM?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

na Facebooku.

Komentarze (5):

  • jonny Zgłoś
    Brak liderów odpornych na stresowe sytuacje to jest właśnie największy problem naszych klubów,gdy w Resovii był Grozer to często sam wygrywał mecze ale Pan Kowal idzie inną drogą
    Czytaj całość
    twierdząc że ma mieć 14 równorzędnych zawodników przez co przegrywa z kretesem bo było drugie miejsce,potem czwarte miejsce z Kurkiem a teraz tragedia. A potem pisanie że Ngapeth załatwił Resovię czyli lider zespołu ,ma go też Zenit ma Citanova ma Biełgoroje nie ma Resovia, po co płacić 20-tu chałturnikom zamiast 1-2 klasowym i reszta to dobrze wyszkoleni rzemieślnicy.Widać to też po ZAKSIE gdy brakło Tillego.
    • Damian Nowak Zgłoś
      Paradoksalnie cieszę się, że polskie drużyny odpadły, dlaczego? Oglądając Polsat Sport, komentatorzy cały czas chwalą jaki to nasz poziom plus ligi jest wysoki, a wcale tak nie jest,
      Czytaj całość
      włoskie kluby i Biełgorod które grały z naszymi klubami wbiły nas w ziemie i pokazały nam gdzie nasze miejsce. To samo będzie w sezonie Reprezentacyjnym, nasi "Mistrzowie Świata", teraz to będzie zupełnie inna drużyna bez 3 czołowych zawodników : Wlazły Zagumny i Winiarski którzy podtrzymywali poziom gry. Nie stać nas na czołowych zawodników jak Leon czy reszta Elity, bo nas po prostu na nich nie stać, dostaną lepsze oferty i papa. Jestem kibicem Resovi dlatego wypowiem się więcej na temat porażek, moim zdaniem problemem jest rozgrywający, Drzyzga jest po prostu do dup*. Wiele osób mówi, że problemem jest Kowal, że są słabo przygotowani fizycznie czy co tam jeszcze, więc moje pytanie jest takie, jakim cudem 2 lata temu zdobyli srebro Ligi Mistrzów?, rok temu Kurek grał jak na fazie, więc Kowal go nie zepsuł?.
      • marulek Zgłoś
        Ten system z 16 zespołami, nie sprzyja ani klubom, ani reprezentacji...Dopiero w 2018/19 wrócimy do 14 drużyn. Mimo wszystko zarówno Skra jak i Resovia wyglądały bardzo niestabilnie
        Czytaj całość
        przez cały sezon, więc ich odpadnięcie mnie nie zaskoczyło, a ZAKSA jakoś po kontuzji Tillie wypadła ze swoich torów...Do czego zmierzam... nie ma co aż tak bardzo dramatyzować, gorzej by było gdyby nasze zespoły były w tzw. "gazie" i mimo wszystko odpadłyby z LM.
        Wszystkie komentarze (5)

        Komentarze (5)

        PRZEJDŹ NA WP.PL