WP SportoweFakty

Najnowsze Wyniki/Kalendarz
PAP/EPA / KIMMO BRANDT / Na zdjęciu Kamil Stoch, Maciej Kot, Dawid Kubacki i Piotr Żyła

Pożegnanie z Lahti: bohater Małysz, kosmita Żyła, mistrz słowa Szaranowicz (komentarz)

Grzegorz Wojnarowski
Grzegorz Wojnarowski
Najbardziej niezwykły moment - szok Piotra Żyły po zdobyciu brązowego medalu. Największy sukces - oczywiście złoty medal polskiej drużyny skoczków. Postać mistrzostw - dla mnie zdecydowanie Adam Małysz. Oto nasi bohaterowie Lahti 2017.

W najlepszej scenie "Łowcy Androidów", mojego ulubionego filmu, Roy Batty wypowiada do ścigającego go Ricka Deckarda następujące słowa: "Widziałem rzeczy, w które wy, ludzie, byście nie uwierzyli". To było jego pożegnanie. Ja, żegnając się z Lahti, poczułem się trochę jak bohater grany przez Rutgera Hauera. Z tą różnicą, że zdarzenia, które widziałem, obserwowali też inni i nie zostaną one "utracone, jak łzy w deszczu". 

Największy sukces

Nie ma mowy o niespodziance. Złotego medalu w konkursie drużynowym nie wywalczyliśmy nigdy wcześniej. Były indywidualne triumfy Adama Małysza, też w Lahti, potem w Predazzo i Sapporo, było zwycięstwo Kamila Stocha na Trampolino Dal Ban w dolinie Val di Fiemme, jednak w "drużynówce" ktoś z trójki Austria, Niemcy, Norwegia zawsze był poza zasięgiem. Aż do tego roku.

Choć Biało-Czerwoni byli głównymi faworytami do złota, baliśmy się tego konkursu. Baliśmy się, że w czasie naszej hucznej letniej imprezy pod chmurką po raz trzeci z rzędu zacznie lać deszcz. Że mocniejsi będą Niemcy, że zaskoczą nas rosnący w siłę z każdym dniem Norwegowie, że w końcu zabraknie nam szczęścia. A to była totalna dominacja naszego zespołu! Cztery kapitalne skoki w pierwszej serii praktycznie załatwiły sprawę. Martin Schmitt, dwukrotny mistrz świata w drużynie, powiedział mi, że dla niego walka o zwycięstwo zakończyła się już po pierwszej próbie Macieja Kota.

Przed tym skokiem, który Stefan Horngacher określił słowem "bomba", Polacy byli tylko o kilka sekund przed peletonem. Po nim całkowicie zniknęli rywalom z horyzontu. 

Zobacz wideo: MŚ w Lahti: Polscy kibice dziękowali Piotrowi Żyle. "Straciliśmy gardła!"

W drugiej rundzie zaczął kręcić wiatr i z progu spadali nawet porządni skoczkowie. Odlatywali nieliczni, przede wszystkim Norweg Johann Andre Forfang, który pobił rekord skoczni. Ale i tak nic nie było w stanie zatrzymać ŻyłyKubackiego, Kota i Stocha. Drużyna z kraju indywidualistów, ludzi, którzy swoją rację uważają zawsze za "najswojszą" i uparcie ciągną w swoją stronę, pokazała, że triumf wywalczony w zespole, nie tylko dla siebie, ale i dla kolegów, smakuje jeszcze lepiej niż indywidualne zwycięstwo. Obserwowanie radości naszych chłopaków po konkursie, a potem po ceremonii medalowej, było czystą przyjemnością.  

Najbardziej niezwykły moment

Szok pomedalowy Piotra Żyły. To były właśnie takie obrazki, w które nie uwierzyłbym, gdybym ich nie zobaczył. Jak wytłumaczyć, że po największym sukcesie w życiu człowieka niemal całkowicie odcina od rzeczywistości? Nie rozumie pytań, nie za bardzo wie, gdzie jest i co się z nim dzieje. Kosmita, któremu brakuje tylko świecącego palca. W tym czasie obok niego nie widziałem Macieja Kota - może ten zdawał sobie sprawę, że dla niektórych kosmitów to właśnie kot jest przysmakiem. 

Kota nie było, był za to Adam Małysz. I gdyby nie on, Żyła pewnie nie trafiłby w czwartkowy wieczór do domku, w którym mieszkali polscy skoczkowie. Odniosłem wrażenie, że przez długie minuty brązowy medalista z dużej skoczni jakoś się trzymał tylko dzięki Małyszowi.

24 godziny później Żyła odbierał medal. I wtedy był już zupełnie innym człowiekiem. Wesoły, roześmiany i gadatliwy. Na trzy proste pytania, po których dzień wcześniej powiedziałby "nie wiem" lub "nie pamiętam", tym razem odpowiadał sześć długich minut. Zdradził wtedy, że dochodzić do siebie zaczął w czasie kontroli antydopingowej, gdy norweski fizjoterapeuta zapytał go, co palił, bo też chciałby spróbować.

Kilka dni później, po złotym medalu w drużynie, skoczek z Wisły był absolutnym przeciwieństwem swojej wersji z czwartku. Wpadł przed dziennikarzy z okrzykiem wojownika z plemienia Apaczów na ustach i z satysfakcją małego dziecka w głosie wypalił, że "nawet mówić dziś umie".

Największy bohater

Według mnie - nie Piotr Żyła, nie Kamil Stoch, Maciej Kot, czy nawet nie kapitalny w Lahti Dawid Kubacki. Adam Małysz. Oficjalnie - dyrektor PZN ds. skoków narciarskich i kombinacji. Nieoficjalnie - mentor, psycholog, duchowe wsparcie. Mądrzejszy i bardziej doświadczony starszy brat dla naszych zawodników. Prezes narciarskiego związku Apoloniusz Tajner już teraz mówi, że dołączenie go do ekipy to nie był strzał w dziesiątkę, a w setkę.

Małysz w czasie mistrzostw był też oficerem prasowym polskiej kadry i z tej roli również wywiązywał się fantastycznie. Po pierwsze - ściągał na siebie sporą część zainteresowania mediów. Skoczkowie mogli dostać od trenera Horngachera zakaz rozmów, ale wtedy przed mikrofony wychodził Małysz i dziennikarze byli zadowoleni.

Kiedy Stoch, Kot czy Żyła rozmawiać mogli, czterokrotny mistrz świata pilnował, żeby swój czas podzielili sprawiedliwie. Prowadził ich sprzed jednej kamery telewizyjnej do drugiej, potem do radiowców, dziennikarzy prasowych i internetowych. Nawet kiedy zabierał ich ze strefy mieszanej, robił to tak, że nie sposób było mieć do niego pretensje.

Zwycięzca 39 konkursów Pucharu Świata kiedyś chował się przed dziennikarzami, teraz zachowuje się tak, jakby do pracy z mediami był stworzony. Małysz chce wrócić do rajdów samochodowych, a ja mam wyrzuty sumienia, bo nie potrafię życzyć, żeby mu się to udało. Wolałbym, żeby został przy kadrze skoczków jak najdłużej.

Czy złoty medal polskiej drużyny w Lahti to największy sukces w historii naszych skoków narciarskich?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Komentarze (10):

    Pokaż więcej komentarzy (7)
    PRZEJDŹ NA WP.PL