Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Robert Mateja Newspix / Rafał Rusek / Na zdjęciu: Robert Mateja

Skoki narciarskie. Dwa passaty i sprzęt po Japończykach. Robert Mateja: Horngacher śmiał się z nas

Dawid Góra
Dawid Góra
Trener reprezentacji Polski zostawił swoich skoczków o drugiej w nocy na dworcu w Bielsku-Białej. Robert Mateja i koledzy przez cztery godziny czekali na pociąg. Dziś trudno wyobrazić sobie, jak kiedyś wyglądały realia polskich skoków.

"Robert Mateja, Polski nadzieja!" - kibice do dziś żartują ze skoczków kadry Apoloniusza Tajnera. Taki okrzyk usłyszałem idąc na Wielką Krokiew w niedzielę 26 stycznia. Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę z tego, w jakich warunkach pracował sztab reprezentacji i skoczkowie przed erą Adama Małysza. Być może, gdyby Mateja skakał dzisiaj, jego wyniki wyglądałyby zupełnie inaczej.

Dawid Góra, WP SportoweFakty: Żarty na pana temat są bolesne?

Robert Mateja: Wiadomo, że czasem bolą. Ale jakoś sobie z tym radzę. Moje krótkie skoki to były fakty. Nie dało się ich ukryć. A czasy były takie, że nawet w słabej dyspozycji trzeba było startować w zawodach. Nie mogłem spokojnie potrenować, schować się choćby na chwilę.

Widział pan przeróbkę na YouTube, kiedy pod pana krótki skok podłożono komentarz do fantastycznego lotu Adama Małysza?

Tak, ale nie tylko o mnie robiono takie przeróbki. Na szczęście to było dawno. Człowiek się przyzwyczaja.

ZOBACZ WIDEO: Skoki narciarskie. Kamil Stoch zachwycony po konkursie. "Ciężko się nie cieszyć po takich skokach i przy takich kibicach"


Bawi to pana? Irytuje?

Staram się tego nie oglądać i nie myśleć, że tego typu filmiki istnieją.

Alarm w polskich skokach narciarskich. W Zakopanem padły propozycje rozwiązania problemów >>

Kilkukrotnie był pan blisko wielkich osiągnięć. Wywalczył pan choćby piąte miejsce podczas mistrzostw świata w Trondheim. Medal na wyciągnięcie ręki.

To prawda. Po dokładnym przeanalizowaniu konkursu okazało się, że wystarczyło dobre lądowanie po drugim skoku i mógłbym zdobyć nawet srebro. Ale już piąta lokata była sporą niespodzianką. Zarówno dla mnie, jak i dla trenerów. Do dziś, kiedy strofujemy zawodników przez brak telemarku, wypominają mi norweski konkurs. Staram się jednak wyciągać wnioski i uczyć innych na własnych błędach.

Przez chwilę był pan też rekordzistą Polski w długości skoku. 2001 rok, Harrachov.

Tak. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to jedyna szansa, aby zostać rekordzistą. Było jednak jasne, że nie na długo. Po mnie jechał Adam Małysz, wiadomo było, że skoczy daleko. Ale postawiony sobie cel zrealizowałem.

Małysza też się panu zdarzyło pokonać. Choćby w sezonie 2005/2006. To pan został mistrzem Polski.

W karierze każdego zawodnika są wzloty i upadki. Wygrywałem w konkursach o mistrzostwo Polski już wcześniej, ale nikt tego nie pamięta. To zamierzchłe czasy. We wspomnianym przez pana sezonie, Adam musiał mieć słabszą dyspozycję. Robiliśmy wszystko, żeby go dogonić, ale wtedy była nas garstka.

Najbardziej znaczącym konkursem był chyba ten w Zakopanem w 1999 roku. Prowadził pan po pierwszej serii. Pokonał takich gigantów, jak Funaki czy Ahonen. W drugiej serii wylądował pan jednak na... 99. metrze. Najkrócej ze wszystkich.

Coś sobie przypominam. Proszę jednak zwrócić uwagę, że to były zupełnie inne czasy. W pierwszej serii mieliśmy znakomite warunki, wiatr pod narty. Miałem świetny dzień. A drugi skok? Presja, stres. Dzisiaj też się zdarza, że zawodnik spada z pierwszego miejsca do drugiej dziesiątki.

Dlaczego mimo niejednokrotnie świetnych skoków treningowych i kwalifikacyjnych nie potrafił pan daleko latać w konkursach głównych?

Czasami to była kwestia przypadku. Do przytoczonego konkursu w Zakopanem nie przywiązywaliśmy wagi. To był zbieg okoliczności.

Pamiętam jednak, że pewnego razu wymieniłem się kombinezonem z kolegą uprawiającym kombinację norweską. On był niższy, choć korpus miał podobny. Nie wiedzieliśmy dlaczego, ale w tym kombinezonie skakałem o 10-15 metrów dalej! Potem korzystałem z niezłego kombinezonu i znów nie mogłem osiągać zadowalających rezultatów. W tym starym natomiast skakałem świetnie. Czasami podczas treningów korzystałem z teoretycznie gorszych kombinezonów i, o dziwo, dlatego miałem lepsze wyniki przed konkursami głównymi.

Oczywiście wtedy kombinezonów nie szyto na miarę. Z każdej firmy był nieco inny.  Adam wziął kiedyś kombinezon po Haradzie i tylko w nim potrafił daleko skakać. Sprowadzaliśmy stroje z Japonii i Niemiec. Często byliśmy zdani na przypadek. Nad naszymi skokami nie pracowało tylu ludzi, co dziś, więc nie wiedzieliśmy, dlaczego w niektórych strojach skaczemy lepiej, a w innych fatalnie. Proszę zauważyć, że kiedyś różnice punktowe między zawodnikami były zdecydowanie większe niż dzisiaj. Na mamucie 30 metrów różnicy w stosunku do lidera zawodów potrafiło dać miejsce w pierwszej dziesiątce.

Czyli pana problem nie leżał w psychice?

W pewnym stopniu tak. Ale korzystaliśmy z usług psychologa, profesora Blecharza. Wypracowaliśmy metody zachowania na zawodach. Zdarzało się, że stres nawet pomagał, mobilizował. Każdy skoczek się stresuje, nawet Dawid Kubacki. Ale on potrafi sobie z tym doskonale radzić.

Przypadek?

Każdy z nas umiał skakać. Kiedy do polskiej kadry przyszedł Stefan Horngacher, wspominaliśmy naszą rywalizację na skoczniach. Przyznał, że śmiał się widząc ówczesny sprzęt Polaków. Nie wierzył, że z czegoś takiego można korzystać i czasem skakać, jak równy z równym z najlepszymi. Czasy w Polsce były takie, że po każdego zawodnika trzeba było podjechać pod dom. A kiedy wracaliśmy z Harrachowa, gdzie zająłem piąte miejsce w konkursie Pucharu Świata, trener zostawił nas o drugiej w nocy w Bielsku na peronie i kazał wracać pociągiem. Czekaliśmy cztery godziny.

Dawid Kubacki konsekwentnie dogania liderów. Na pościg ma mnóstwo czasu >>

Dzisiaj po czymś takim wybuchłaby potężna afera.

Prezes Tajner czasem żartuje z tego, ile obecnie samochodów do dyspozycji mają sztaby. Kiedy Adam wygrywał Turniej Czterech Skoczni, musieliśmy się pomieścić w dwóch passatach kombi. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem nam się to udawało.

Ale nawet w tak spartańskich warunkach dało się skakać wybitnie. Wie pan, co mam na myśli.

Tak, ale Adam to naprawdę olbrzymi talent. Kiedy zobaczyłem go skaczącego w Szczyrku, od razu powiedziałem, że kiedyś będzie wygrywać w PŚ. Skakał wtedy jako junior. Miał jakieś 16 lat.

Był pan słabszym skoczkiem niż dzisiaj są choćby Maciej Kot czy Jakub Wolny?

Jasne. Mieliśmy dużo gorsze warunki i przeznaczano na nas znacznie mniej pieniędzy, ale przecież udawało się wysyłać nas na zagraniczne zawody. Mieliśmy, gdzie trenować. Nie było tragedii. A jednak nie zdobywałem miejsc na podium PŚ i medali MŚ. Wymienieni przez pana zawodnicy sportowo są na wyższym poziomie.

Was było mniej. W PŚ przez lata przewijało się dosłownie kilka polskich nazwisk.

Polskich skoczków było sporo, ale związek nie miał pieniędzy na utworzenie więcej niż jednej grupy. Mnie się udało do niej załapać. Poziom w kadrze wzrastał. Ci, którzy trenowali w klubach, mieli znacznie gorsze warunki.

Myśli pan czasami o tym, co by było, gdyby? Pana kariera mogła potoczyć się przecież zupełnie inaczej.

Zdarza mi się wspominać. Pan też ma takie chwile, kiedy wolałby postąpić inaczej. Ale czasu nie da się cofnąć. Dzisiaj, kiedy analizujemy skoki naszych podopiecznych, zdarza się powiedzieć, że gdybyśmy kiedyś wiedzieli o takich niuansach, jak dziś, wyniki wyglądałyby zupełnie inaczej.

Nieważne. Było, minęło. Młodszy nie będę.

Był pan asystentem w kadrze A skoczków. Teraz asystuje u kombinatorów norweskich. Dlaczego?

Kiedy pracowałem przy skoczkach w zespole B, nie było zadowalających rezultatów, więc potrzebowaliśmy zmian. Zapytano mnie, czy nie pomógłbym w polepszaniu skoków u kombinatorów. Ówczesny trener Danny Winkelmann był zadowolony, że dołączyłem do zespołu.

Jaki stawia pan sobie cel zawodowy?

Ostatnie trzy lata w skokach dużo mnie kosztowały. Nie szło. Każdy dawał z siebie wszystko, a jednak nie było wyników. Przy kombinacji jest zdecydowanie spokojniej. Planuję się tutaj wyciszyć, uspokoić i pomóc chłopakom na tyle, na ile potrafię. Na pewno nie chciałbym być trenerem głównym, bo wiem, ile stresu to kosztuje. I mnie, i rodzinę.

Uciążliwy jest głównie nacisk z mediów?

Też, ale presję wywierają nie tylko dziennikarze. Kiedy osobiście się tego nie odczuwa, to wystarczy zasięgnąć języka wśród współpracowników i pewne sygnały zaczynają dochodzić do człowieka.

Nie udało się wykorzystać potencjału, który drzemał w panu. Istnieje ryzyko, że czeka to kolejnych skoczków. Nie boi się pan, że potencjał małyszo- i stochomanii może w pewnym momencie zgasnąć?

Wielokrotnie mówiłem, że największy problem jest w etapie, kiedy skoczek przechodzi z wieku juniorskiego do seniorskiego. Części zawodników pomagają stypendia, Lotos Cup itd. Ale gdy nie ma pieniędzy, trzeba pozyskać sponsora. A to jest niezwykle trudne. Szczególnie, kiedy dany zawodnik nie wyrobił sobie jeszcze nazwiska. Człowiek wchodzi w dorosłość, chciałbym mieć coś na własność, a kariera sportowca jest ryzykowna. Wreszcie następuje wybór - albo praca, albo sport.

W jakich barwach widzi pan przyszłość polskich skoków?

Obecnie w zawodach najmłodszych startuje nawet 130 zawodników. Za parę lat będziemy mieli dużą grupę, z której będzie można wybierać. Natomiast po roczniku 94' zrobiła się spora wyrwa. Trzeba pogodzić się z tym, że za kilka lat nie będzie dobrej "paki" seniorów. Na szczęście mamy znakomite jednostki. Jest szansa, że wśród nich narodzi się kolejny mistrz.

Najwyższy czas, aby rozwiązać problemy w polskich skokach. Nie winię związku. Wszędzie na świecie zawodnicy po karierze juniorskiej trafiają do wojska lub policji. Tam otrzymują zabezpieczenie finansowe.

W Polsce sytuacja wygląda inaczej. Zdarzyło mi się kiedyś usłyszeć od zawodnika w klubie, że nie przyjedzie na trening, bo... nie ma za co. Musiał skończyć karierę, poszedł do pracy. Potem jeden z moich podopiecznych pokazywał mi zdjęcia byłego kolegi z wczasów w Egipcie. Teraz wreszcie miał za co pojechać do ciepłego kraju. Zdjęcia z plaży, szeroki uśmiech. A my się męczymy i często nie mamy z tego nic. Tymczasem skoki narciarskie wiążą się z dużą liczbą wyrzeczeń. Najwyższy czas, aby poważnie pomyśleć o przyszłości naszych chłopaków.

Komentarze (12):

  • GallAntonin Zgłoś
    Robert Mateja? Pamiętam. Znany miszczo buli. Został za swoje zasługi trenerem kadry. Nieudanym. Obecnie wśród komentatorów siatkówki mamy "wybitnego" naszego II Trenera
    Czytaj całość
    Mazura. Tyle bon motów, tyle truizmów i odkrytych dawno prawd od żadnego naszego specjalisty nie usłyszałem. Dziwię się Polsatowi, że Go toleruje. Tak zresztą, jak Wójtowicza, który dla odmiany coś tam pod nosem mruczy od czasu do czasu w rodzaju: tak, jak najbardziej, jak widzieliśmy itp. I ja za to płacę abonament, że mi oglądanie siatkówki psują.
    • panda25 Zgłoś
      Do redakcji: Gdzie jest napisane (poza tytułem), że "Horngacher śmiał się z nas"?!
      • pablo77 Zgłoś
        Bo kiedyś to Polski Związek było stać tylko na bułki. Potem sponsorzy dorzucili banany i tak oto Adam na bułce i bananach zaczął latać.
        Wszystkie komentarze (12)

        Komentarze (12)

        ×
          Wszystkie komentarze (12)
          PRZEJDŹ NA WP.PL