WP SportoweFakty

Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Getty Images / Matthew Stockman / Na zdjęciu: Hubert Hurkacz

Hubert Hurkacz: Mogę być na szczycie

Michał Kołodziejczyk
Michał Kołodziejczyk
- Rodzice dali mi coś niezbędnego do odniesienia sukcesu - wiarę, że jest możliwy. Wspierali mnie, nie blokowali w żaden sposób. Ani razu nie usłyszałem, że mi się nie uda - mówi najzdolniejszy polski tenisista młodego pokolenia.

Michał Kołodziejczyk, WP SportoweFakty: Lubi pan mieć wszystko zaplanowane?

Hubert Hurkacz, tenisista: Czasami zrobić coś spontanicznie też jest fajnie.

Kiedy nie idzie zgodnie z planem - na korcie, albo w życiu, zawsze ma pan przygotowany jakiś plan B?

Wolę się nie denerwować na rzeczy, na które nie mam wpływu. W korku na ulicy, tak samo jak na korcie. Złościć się na jakieś przypadkowe piłki, albo przypadkowe zagrania nie miałoby sensu. Lepiej się żyje akceptując takie rzeczy, umiem godzić się z nimi błyskawicznie. Oczywiście, dużo łatwiej się mówi, niż później wdraża taki plan w rzeczywistości, ale ciągle z tyłu głowy mam to, by nie tracić energii wtedy, kiedy nie muszę.

Młodym ludziom coraz trudniej utrzymać teraz koncentrację?

To pewnie wszystko przez rozwój internetu. Informacje stały się ogólnodostępne, te ważne, ale też te kompletnie zbędne. Wszystko natychmiast ląduje w sieci, a do tego dochodzą jeszcze media społecznościowe. Dużo mówi się o szukaniu dłuższych chwil dla siebie, o szukaniu koncentracji, ale później zamiast coś z tym zrobić, klika się dalej. Ludzie nie rozumieją, jak ważne jest to, by mieć czas w ciszy, że nic się nie stanie, jeśli przez pięć godzin nie będą zerkać w telefon. Przecież taki Instagram jest tak skonstruowany, by informacje nigdy się nie kończyły, by je ciągle przewijać na dół, nie skupiając się za długo na żadnym zdjęciu. Strumień nie ma końca.

ZOBACZ WIDEO Wielki turniej tenisowy w Polsce? Wiemy, ile to kosztuje

Pan nie jest przywiązany do telefonu?

Trochę jestem, bo zazwyczaj cały czas jest blisko. Odbieram połączenia, odpisuję na wiadomości, ale wiem, że czasami warto się odciąć. Chętnie zostawiam telefon w domu, jeśli wiem, że tam, gdzie idę, nie będzie mi potrzebny. Wyłączam się, potrafię tak.

Ma pan narzeczoną? Dziewczynę?

Nie.

A kiedy się pojawi, to będziecie wrzucać zdjęcia z wakacji na Instagram?

Wątpię.

Strzeże pan prywatności?

Chyba mam w sobie taką potrzebę. Wydaje mi się, że warto zachować jakąś granicę, narysować wyraźną linię dla własnego komfortu. W życiu prywatnym chcę się czuć swobodnie, zawsze być świadomym tego, co robię.

Ostatnie sukcesy sprawiły, że nastąpiło nagłe zainteresowanie pana życiem? Odezwali się znajomi, którzy wcześniej o panu nie pamiętali?

Na pewno trochę się zmieniło, bo wzrosła moja popularność, ale staram się trzymać kontakt z ludźmi, z którymi utrzymywałem go wcześniej. Mam sprawdzonych przyjaciół, którzy dzwonili także wtedy, gdy nie startowałem w największych turniejach.

Boi się pan popularności?

Trochę jej nie ogarniam. W tenisa grałem przecież zawsze, a ostatnio zrobiło się wokół tego dużo zamieszania. Do takiego stopnia, że nie jest to przeze mnie kontrolowane. Być może nigdy nie będzie, ale w tej fazie jest to dla mnie pewnego rodzaju zaskoczenie. Nie sądzę, że jestem już firmą, że moje nazwisko coś znaczy, ale cieszy mnie wzrost popularności, bo oznacza, że się rozwinąłem i zacząłem lepiej grać. To miłe, kiedy ludzie powiedzą jakieś dobre słowo, okażą wsparcie, zaczepią na ulicy zapewniając, że kibicują. Ale na razie nie jest to specjalnie uciążliwe, dziś we Wrocławiu rano spotkała mnie tylko jedna taka sytuacja.

To zapytam inaczej: czuje się pan przygotowany na popularność?

Nie mam żadnych lęków z tym związanych, nie sądzę, żeby przerosła moje oczekiwania, bo niczego nie oczekuję. Pewnie jak wygram jakiś wielki turniej, będzie o mnie jeszcze głośniej. Naprawdę dziękuję kibicom za to, że cieszą się moimi sukcesami. Ale też muszę nauczyć się dawać coś więcej od siebie w takich kontaktach, zrozumieć, jak to wszystko wygląda, dowiedzieć się, jakie są zagrożenia, i mentalnie do tego przygotować.

Jest pan bardzo ostrożny?

Tak.

Ma pan prawo jazdy?

Tak.

I co? Zawsze trzyma się pan przepisów?

Cisza słabo się sprzedaje w tekście. Szukam w panu jakiejś słabości, tego pierwiastka „zła”, który podobno w sporcie jest niezbędny.

Każdy sportowiec jest inny i każdy wybiera inną drogę do celu. Nie ma jakiegoś typu osobowości, który gwarantuje sukces, także w tenisie. Roger Federer różni się od Rafaela Nadala, a Nadal o Novaka Djokovicia. Każdy z nich jest inny, inaczej się zachowuje. Nie chodzi o to, żeby być złym albo dobrym na korcie i poza nim, tylko żeby kochać rywalizację. A ja kocham, na korcie walczę o każdą piłkę. A to, że jestem spokojny, nie oznacza, że odpuszczę przeciwnikowi.

Bardzo spokojnie układał pan swoją karierę. Jest pan cierpliwy?

Nie. Chciałbym mieć dużo większe sukcesy i żeby przyszły znacznie szybciej. Musiałem zrozumieć, że lepiej jest jednak pokonywać kolejne etapy. Ważne, żeby mieć plan, a nie zmieniać go po każdym nieudanym meczu. Czasami niektóre rzeczy wychodzą szybciej, czasami wolniej - trzeba nauczyć się ufać wybranej metodzie. Czasami w wyobraźni widziałem już siebie gdzieś daleko, jednak znacznie rozsądniej jest skupiać się na tym, co tu i teraz. Na rozwoju każdego dnia. Myśląc o takich drobnych sprawach, można być pewnym, że te wielkie przyjdą w swoim czasie. Uwielbiam tenisa, od dziecka kochałem ten sport, zawsze chciałem walczyć na punkty i zawsze miałem w sobie chęć zostania najlepszym.

Podobno był etap, kiedy pana wzrost trochę przeszkadzał w koordynacji?

Wiadomo, że każdy dzieciak ma taki etap, w którym dynamicznie rośnie i nie do końca panuje nad organizmem, nie kontroluje ciała. U mnie minęło to dość szybko, może pomogło mi, że w przeszłości chodziłem także na akrobatykę i byłem w stanie szybciej nauczyć się wszystkiego na nowo. Wydaje mi się, że miałem większe wyczucie ciała. Dużo pracuję także z Przemkiem Piotrowiczem, trenerem przygotowania fizycznego, który dba o wszystkie detale, przygotowuje specjalne ćwiczenia pozwalające mi się dalej rozwijać.

Zobacz takżeJacek Krzynówek: Piłka uratowała mi życie

Zobacz takżeMagdalena Piekarska: Nie ma takiej góry, której nie można przenieść

na Facebooku.

Komentarze (17):

    Pokaż więcej komentarzy (14)
    PRZEJDŹ NA WP.PL