Najnowsze Wyniki/Kalendarz

Czternasty wyścig. Siódma część historii Kenny'ego Cartera

Ziemowit Ochapski
Ziemowit Ochapski
Kiedy Kenny cieszył się z drugiego w karierze awansu do Finału Światowego, a Pam wkrótce miała wydać na świat ich pierwsze dziecko, obowiązkowo coś musiało pójść nie tak. Pech dopadł Cartera w Ipswich podczas turnieju Star of Anglia.

W dwudziestej gonitwie zawodów miejscowy matador Preben Eriksen wyraźnie zbyt bardzo pragnął pokonać reprezentanta Wielkiej Brytanii i przeszarżował już w pierwszym wirażu. Jeździec z Halifax z impetem uderzył w bandę i opuścił tor w karetce. Skończyło się na połamanych żebrach i przebitym płucu, choć oczywiście mogło być znacznie gorzej. Mimo wszystko jednak taka diagnoza na trzy tygodnie przed decydującym starciem o tytuł IMŚ nie brzmiała dobrze. - Wszystko się we mnie gotuje na myśl o tym zdarzeniu, a Preben Eriksen w tym momencie na pewno nie jest na liście moich najlepszych kumpli - mówił Kenny wprost ze szpitalnego łóżka. - W wywiadzie dla lokalnej gazety powiedział, że był z przodu i nie wie jakim cudem jego bark spotkał się z moim, ale ja zapamiętałem tę sytuację nieco inaczej. Musiałem wygrać tamten wyścig, żeby zachować trofeum. Tymczasem on zdawał sobie sprawę, że pokonując mnie sam stanąłby na najwyższym stopniu podium przed własną publicznością, co byłoby największym sukcesem w jego karierze. Nie wytrzymał ciśnienia i trochę przegiął.

Kenny z jednej strony się wkurzył na rywala, a z drugiej cieszył się, iż tamta kraksa nie miała o wiele gorszych konsekwencji. Lekarze wprawdzie kategorycznie odradzali mu wsiadanie na motocykl w najbliższym czasie i prosili, żeby zapomniał o występie w Los Angeles, ale Carter należał do zawodników, których ból nie był w stanie powstrzymać przed skorzystaniem z życiowej szansy. Zaledwie jedno turniejowe zwycięstwo dzieliło go od upragnionego tytułu mistrza świata, a smaczku temu wszystkiemu dodawało to, że zawody odbywały się w znienawidzonych przez niego Stanach Zjednoczonych, gdzie niekwestionowanym numerem jeden był jego największy oponent - Bruce Penhall. W głowie lidera Książąt nie istniała tak naprawdę inna opcja niż podróż za ocean, żeby dać z siebie sto procent w celu skopania tyłka faworytowi miejscowej publiczności.

W sezonie 1982 Ivan Mauger walczył jeszcze o swoje siódme złoto IMŚ, ale w wieku czterdziestu dwóch lat sił mu starczyło tylko na dotarcie do Finału Zamorskiego, więc po nim mógł już się w pełni skupić na pomocy swojemu podopiecznemu, czyli Kenny'emu Carterowi. Nowozelandczyk nakazał Brytyjczykowi przybyć do USA na dwa dni przed oficjalnym przyjęciem dla uczestników zawodów decydujących o podziale medali. Młodzieniec miał się zaaklimatyzować oraz zadbać o wciąż dokuczające mu skutki wypadku w Ipswich. W tym celu korzystał z fizjoterapii, jacuzzi oraz kalifornijskiego słońca. Mauger nie był dla Cartera jedynie mentorem. Na dwa tygodnie przed wylotem do LA legendarny żużlowiec testował w Niemczech nowe opony firmy Dunlop, które następnie polecił Kenny'emu. Zawodnik Halifax Dukes należał do nielicznych jeźdźców ze światowej czołówki, którzy nie przerzucili się na ogumienie amerykańskiej firmy Carlisle. Ba, z powodów ideologicznych nie zamierzał tego nigdy uczynić i postanowił być wierny rodzimemu producentowi. - On chciał pozostać stuprocentowym Brytyjczykiem - opowiada Ivan. - Cały jego sprzęt był produkowany na Wyspach: silniki Weslake, ramy Comet, kaski Kangol, koła Talon i sprzęgła NEB.

Kenny znajdował się w grupie zawodników, którzy zawsze mówią to co myślą. Nikt mu nie przygotowywał specjalnych kwestii dla mediów, bo gdyby tak było, to pewnie jeszcze bardziej by go korciło, żeby palnąć coś, czego nie wypada mówić publicznie. Z jednej strony nie znosił Amerykanów, a z drugiej przed Finałem Światowym w Los Angeles prezentował typową dla nich pewność siebie: - Uważam, że tytuł IMŚ powinien należeć do mnie. Pragnę go bardziej niż czegokolwiek innego i pomijając kontuzję czuję, że to jest ten moment. Marzyłem o zwycięstwie na Wembley i długo odchorowywałem porażkę. Wydawało mi się, że jestem dostatecznie dobry, żeby osiągnąć sukces, ale mój sprzęt nie był jeszcze na takim poziomie jak w tej chwili. Jeśli wygrałbym wtedy, być może byłoby to zbyt szybko, ale teraz na pewno jest właściwy moment. Wcale nie wydaje mi się, że jestem najlepszym żużlowcem na świecie. Ja to wiem!

ZOBACZ WIDEO Sergio Ramos bohaterem Realu! Zobacz skrót meczu z Malagą [ZDJĘCIA ELEVEN]

Brytyjczyk był świadom swoich umiejętności, ale speedway to przewrotny sport, w którym nie zawsze wygrywa najlepszy. Szczególnie, jeśli o kolejności na podium IMŚ decyduje w gruncie rzeczy jeden turniej. Dlatego też reprezentant Zjednoczonego Królestwa potrafił docenić klasę przeciwników, wśród których znalazły się takie osobistości jak Les i Peter Collinsowie, Dave Jessup, Dennis Sigalos, Kelly Moran, Hans Nielsen, Edward Jancarz, Phil Crump oraz Bruce Penhall. - Jeśli mnie się nie uda, to mam nadzieję, że wygra któryś z moich rodaków - mówił. - Tak naprawdę jednak większość uczestników finału ma papiery na mistrza. Ostro rywalizuję z Brucem, ale on był dobrym czempionem. To odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, lecz jego największy problem polega na tym, że nie jest Anglikiem.

28 sierpnia 1982 roku około czterdzieści tysięcy widzów przybyło na stadion Los Angeles Memorial Coliseum, żeby obejrzeć finałowe zmagania o miano najlepszego żużlowca globu. Nigdy wcześniej w USA taka liczba kibiców nie śledziła z trybun zawodów żużlowych, ale ogrom areny sprawiał, że frekwencja i tak była rozczarowująca. Po trzech seriach startów Kenny Carter przewodził stawce z dorobkiem 9 "oczek", a znienawidzony przez niego Bruce Penhall miał na koncie o punkt mniej. Czternasta gonitwa była więc kluczowa dla obu jeźdźców. Amerykanin chciał się zbliżyć do obrony mistrzowskiej korony, natomiast Anglik mógł pokrzyżować jego plany. Afera wisiała w powietrzu. Obaj fatalnie wyszli spod taśmy. Na prowadzeniu usadowił się wygodnie Peter Collins, za nim podążał Phil Crump. Penhall był trzeci, a Carter ostatni. Na drugim okrążeniu Amerykanin minął Australijczyka, a Anglik poszedł w jego ślady. Rozpędzony Kenny po chwili minął też Bruce’a, niemal powodując jego upadek. Za moment jednak Penhall z powrotem był drugi, a Carter leżał na torze. Norweski sędzia Torrie Kittlesen wykluczył Kenny’ego jako sprawcę przerwania biegu.

na Facebooku.

Komentarze (4):

  • veyron2685 Zgłoś
    obejrzałem sobie powtórkę,penhall nie był moim zdaniem winien,a carter w dzisiejszych czasach pewnie by otrzymał ostrzeżenie za niebezpieczną jazdę;)
    • witaker Zgłoś
      Świetnie się czyta. ;) Dzięki temu sięgam do video na jutubie. :) Świetny żużel, świetna publicystyka. ;)
      • pusher Zgłoś
        Gratulacje dla autora, bo historię Kenny'ego czyta się świetnie. Sam byłem pod wrażeniem tego zawodnika po lekturze artykułów o nim Magdy Zimny-Louis, zamieszczonych kiedyś w "Tygodniku
        Czytaj całość
        Żużlowym". Co do wydarzeń w Los Angeles myślę, że Carter ewidentnie nie miał racji, sam na poprzedniej prostej niemal wkomponował w bandę Bruce'a, atak Amerykanina był czysty, nie doszło do kontaktu między nimi. Kenny jednak uważał, że wszyscy sprzysięgli się przeciw niemu. Cóż, taki był urok jednodniowych finałów, dzięki którym powstawały legendy...
        Wszystkie komentarze (4)

        Komentarze (4)

        PRZEJDŹ NA WP.PL