Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Wiesław Jaguś przed Jonasem Davidssonem Rok 2010Newspix / Łukasz Trzeszczkowski / Na zdjęciu: Wiesław Jaguś przed Jonasem Davidssonem. Rok 2010

Samozaparcie i tytaniczna praca. Żużlowy Toruń na zawsze dumny z Wiesława Jagusia

Tomasz Janiszewski
Tomasz Janiszewski

Trzeci torunianin w Grand Prix

Wpływ na końcowy etap kariery Jagusia miał też trzeci z braci Karkosików, Roman. Zanim jednak jeden z najbogatszych Polaków uratował klub przed bankructwem, doprowadzając do tzw. ery Unibaksu, zawodnik i tak brylował z aniołem na piersi, gdy rządził Marek Karwan. Czasy bywały różne. Od złota DMP w 2001, poprzez rozczarowujące srebro w 2003, aż do ciężkiego roku 2006, gdy drużynę trapiły kłopoty finansowe i kontuzje, w efekcie czego trafiła ona do barażu. Torunianie przetrwali jednak trudne chwile.

Ciężar obrony Ekstraligi dla Torunia nosili na swoich barkach Jaguś oraz dwóch juniorów: Adrian Miedziński i Karol Ząbik, czerpiący doświadczenie od starszego kolegi. Ten zawsze chodził własnymi ścieżkami, ale jako kapitan potrafił pomóc i doradzić. - Bardziej skupiał się na sobie, choć pomagał. W żużlu jest tak, że, jak wychodzi, to jest o to łatwiej, ale jak nie wychodzi, to każdy pomaga sam sobie. Wiesław miał "swój park maszyn", własne miejsce, robił to, co do niego należało, ale gdy była taka możliwość, to służył pomocą - opowiada Kościecha, z którym Jaguś święcił dwa wspomniane we wstępie drużynowe mistrzostwa kraju.

ZOBACZ TAKŻE. Żużlowa mapa Polski. Get Well Toruń: jedyny taki klub w kraju

Znaczące indywidualne sukcesy osiągnął właśnie w trudnym dla klubu sezonie 2006. W tarnowskim finale IMP przegrał tylko z Tomaszem Gollobem, ale na najwyższy stopień podium wskoczył w decydującym momencie eliminacji do Grand Prix w Vetlandzie. Nie był pierwszym wychowankiem Apatora, który tego dokonał (poprzednio ta sztuka udała się Bajerskiemu i Tomaszowi Chrzanowskiemu), lecz z pewnością był tym, który przebył najdłuższą drogę. Jej początek miał miejsce blisko dekadę wcześniej w szpitalnych salach.

Ta pechowa Eskilstuna...

Starty jako pełnoprawny uczestnik GP rozpoczął znakomicie. We włoskim Lonigo poza zasięgiem był przyszły mistrz Nicki Pedersen, ale sprytna taktyka Jagusia, polegająca na umiejętnym rozgrywaniu pierwszego łuku bardzo szerokiego owalu pozwoliła mu na dojechanie do finału i zakończenie go na trzecim miejscu. Silniki przygotowywane przez Ryszarda Kowalskiego (współpracowali od początku do końca kariery) spisywały się doskonale. Choć w drugiej rundzie we Wrocławiu wynik nie był najlepszy (6 punktów), było po nim widać bardzo dobre przygotowanie się do rywalizacji wśród najlepszych lewoskrętnych świata.

Potwierdził to w trzecich zawodach, w Eskilstunie. Po falstarcie w pierwszym biegu, w dwóch kolejnych zdeklasował rywali, wykorzystując znajomość toru z jazdy dla miejscowej Smederny. W czwartej serii znów świetnie wystrzelił spod taśmy. Na jego nieszczęście przeszarżował Pedersen, który uderzył reprezentanta Polski, powodując fatalnie wyglądający upadek. Tylko cud sprawił, że Jaguś nie doznał żadnych złamań, ale silne uderzenie głową o tor było dla lekarza zawodów wystarczającym powodem, by nie pozwolić zawodnikowi na dalszą jazdę.

Na koniec mistrzostw zajął 11. miejsce i nie utrzymał się w cyklu. Jak sam wspominał, upadek ze Szwecji wytrącił go z rytmu. Miał prawo czuć niedosyt, bo zapewne liczył na dłuższą obecność w GP. - Po tym wypadku z Nickim trochę się pogubił, ale było widać, że chciał dalej w tym uczestniczyć. Każdy jeździ po to, by rywalizować z najlepszymi - twierdzi Kościecha, a Ząbik dodaje: - Pech chciał, że przytrafił mu się ten wypadek z Pedersenem w Szwecji, na jego torze. On naprawdę był wtedy w sztosie. Gdyby nie to, jego wyniki byłyby potem inne.

Nigdy nie chciał odejść z Torunia

Mało jest takich, którym wybacza się więcej niż innym. Na taki status mogą liczyć tylko wybitne jednostki. Dla kibiców Jaguś stał się ikoną, legendą. Kimś, o kim trudno powiedzieć coś złego, choć złośliwi zarzuciliby mu przesadną skrytość w sobie i nieutrzymywanie szczególnie bliskich relacji z kibicami. Uwielbiany był jednak nie tylko za świetne wyniki, ale również za lwie serce do walki do samego końca i spokój, którym od zawsze emanował. W 2002 roku potrafił jednak ruszyć z pięściami w stronę Tadeusza Cieślewicza, którego syn Marek ostro potraktował na torze młodszego brata Wiesława, Marcina. Był autentyczny, niczego nigdy nie udawał.

ZOBACZ TAKŻE. Symbol żużlowego Torunia obrał inny kurs

Szacunek zyskał też z uwagi na wierność klubowi. Z biegiem lat szeregi Apatora opuszczali kolejni wychowankowie, a on cały czas ścigał się dla macierzy. Nie chciał odchodzić nawet wtedy, gdy sytuacja finansowa nie była najlepsza. Jak zdradza trener Ząbik, na brak zainteresowania nie mógł narzekać. Na koniec i tak jednak zwyciężało przywiązanie do toruńskich barw. - Inne kluby oferowały mu kontrakty, ale on był związany z naszym Toruniem i był mu wierny. Nigdy nie chciał go opuszczać. Został z drużyną na dobre i na złe.

Jaguś startów na żużlu zaprzestał po sezonie 2010, w którym notował słabsze wyniki, niż było to przez poprzednie lata. Umowa z Unibaksem obowiązywała jeszcze przez jeden rok, ale porozumiał się z władzami i zdecydował się prędzej zakończyć karierę. Czy nie było za szybko na taki krok, skoro miał dopiero 35 lat? - To jemu trzeba zadać to pytanie, ale myślę, że sam doskonale wiedział, kiedy zakończyć starty. To była jego osobista decyzja, którą należy uszanować - kwituje Kościecha. - Na pewno mógł jeszcze kontynuować, ale miał inne obowiązki. Miał już gospodarstwo i zdecydował, że się tym zajmie - komentuje Ząbik.

Będzie powrót na stadion?

43-latek, który na początku przygody ze speedwayem, gdy siadał na motocyklu, nie dosięgał do końca stopami do ziemi (przez to musiał mieć specjalnie pod swój wzrost konstruowane ramy), trzyma się z dala od żużlowego środowiska. Nie jest widywany na Motoarenie, unika mediów. Realizuje się w uprawie ziemi, wędkuje, ceni sobie domowy spokój i ciszę.  W 2017 roku zgodził się na rozmowę z WP SportoweFakty, gdzie zdradził trochę szczegółów z życia po karierze sportowej. Przyznał, że śledzi żużel w telewizji i kibicuje Pawłowi Przedpełskiemu.

- Będę się starał, o czym już mu mówiłem, byśmy zrobili w tym roku pożegnanie - jemu i Karolowi - na torze. By jeszcze raz kibice zobaczyli i podziękowali - tajemniczo przyznał Jan Ząbik, który jako jedna z niewielu osób z dawnego Apatora ma kontakt z byłym podopiecznym.

W Grodzie Kopernika nie ma chyba ani jednego sympatyka żużla, który nie chciałby cofnąć się w czasie, by móc jeszcze raz zobaczyć "Jagodę" w akcji w słynnych czerwonych "szatach". Zawodnika, który nigdy się nie poddawał, czego dowodem jest powrót do sportu po paskudnej kontuzji i dojście do wysokiego poziomu. Kibice ze stowarzyszenia "Krzyżacy" koniec kariery swojego idola skwitowali słowami: "prawdziwi mistrzowie potrafią odejść w glorii bohaterów i oprzeć się pokusie odcinania kuponów od dawnych sukcesów". Wiesław Jaguś tak właśnie zrobił. Zjechał z toru na własnych zasadach. Bez rozgłosu, spełniony i na zawsze uwielbiany.

Czy pamiętasz Wiesława Jagusia z żużlowych torów?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

na Facebooku.

Komentarze (30):

Wszystkie komentarze (30)

Komentarze (30)

×
    Wszystkie komentarze (30)
    PRZEJDŹ NA WP.PL