Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Tomasz Jędrzejak po zdobyciu złota IMPWP SportoweFakty / Artur Wychowałek / Na zdjęciu: Tomasz Jędrzejak po zdobyciu złota IMP

Jak oni to zrobili. Szalona i autentyczna radość. Padł na kolana i ucałował zielonogórski tor

Maciej Kmiecik
Maciej Kmiecik
Był 15 sierpnia 2012. Finał IMP w Zielonej Górze. Faworytów wielu, ale bynajmniej nie on. To jednak Tomasz Jędrzejak zdobył w wielkim stylu tytuł mistrzowski, po czym cieszył się jak dziecko. To jeden z najpiękniejszych obrazków ostatniej dekady.

Tomasz Jędrzejak zawsze był solidnym ligowcem. W 2003 roku zdobył brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Polski. Od dziecka marzył jednak o tytule mistrzowskim. - Nazwisko Jędrzejak trafi na czapkę, na której są same sławy polskiego żużla - cieszył się oglądając kilka dni po triumfie trofeum przechodnie, na którym mistrzowie wyszywali swoje nazwisko. Widać było wtedy błysk w oku i autentyczną radość i dumę.

Sezon 2012 był rokiem Tomasza Jędrzejaka. Jeszcze długo po triumfie w finale IMP w Zielonej Górze trochę się burzył, kiedy mówiono o jego sukcesie jako fuksie czy przysłowiowym dniu konia. Podkreślał, że przecież w lidze był bardzo skuteczny. Jeździł niczym w transie. Ustabilizował formę na równym i wysokim poziomie. Świadczy o tym chociażby najwyższa w karierze średnia na poziomie PGE Ekstraligi. Wykręcił przeciętną równą 2,000, co plasowało go na 17. miejscu wśród najskuteczniejszych zawodników najlepszej żużlowej ligi świata.

15 sierpnia 2012 w Zielonej Górze Tomasz Jędrzejak święcił swój największy sukces w karierze. Dokonał tego w obecności najbliższych mu osób, które rzadko na żywo oglądały jego poczynania na obcych torach. Tego dnia jednak wybrały się do Zielonej Góry i dodawały mu otuchy. Jędrzejak jeździł fenomenalnie i wygrał w pełni zasłużenie. To nie był żaden fuks czy przypadek. Finały jednodniowe mają to do siebie, że sypały niekiedy niespodziankami. Triumf wychowanka Iskry Ostrów był zaskoczeniem, ale na pewno nie przypadkiem.

ZOBACZ WIDEO PGE Ekstraliga 2020: Wielcy Speedwaya - Billy Hamill

Przed ostatnią serią finału IMP Jędrzejak wiedział, że aby być pewnym triumfu, musi wygrać. Startował spod bandy w kasku żółtym. Wygrał start i założył się na rywali, którzy również walczyli o tytuł i medale. Później już tylko obierał optymalne ścieżki zielonogórskiego owalu, który zawsze uwielbiał, powiększał przewagę i mknął po upragnione złoto. Na metę wjechał kilkadziesiąt metrów przed resztą, podnosząc rękę w geście triumfu.

Później tylko kiwał głową z niedowierzaniem. Nie dojechał nawet do parku maszyn, gdzie czekała już na niego jego ekipa i koledzy z toru. Zawrócił na pierwszym wirażu i przed wiwatującymi swoimi fanami wykonał gesty radości, które przeszły do historii. Położył motocykl, a następnie stojąc z uniesionymi do góry rękoma, padł niczym rażony piorunem. Leżał tak kilkanaście sekund, łapiąc się za głowę. Nie wierzył w to, co się stało. Nie docierało do niego, że właśnie spełnił dziecięce marzenia. Chwilę później utonął w objęciach brata, Dariusza oraz swojego mechanika, Karola Sroki. Później kolejni rywale z toru podbiegali z gratulacjami.

Na tym jednak nie skończyła się celebracja sukcesu. Jędrzejak zaczął skakać z radości, wymachując entuzjastycznie w stronę publiczności. Padł w końcu na kolana i ucałował zielonogórski tor. To była cudowna i w pełni autentyczna radość przeszczęśliwego wręcz człowieka. Po drodze do parku maszyn Jędrzejak wyściskał się serdecznie ze Sławomirem Drabikiem i Adamem Skórnickim. Swoimi świetnymi kumplami, którzy już wcześniej sięgali po tytuły indywidualnego mistrza Polski, a on tego dnia dołączył do tego zaszczytnego grona. Piękny obrazek, który można oglądać do znudzenia.

Po latach, po tym co stało się 14 sierpnia 2018 roku, czyli niemalże w szóstą rocznicę największego triumfu Tomasza Jędrzejaka, wspomina się to wydarzenie ze wzruszeniem, ocierając łezkę w oku. Sportowiec wydawałoby się spełniony, szczęśliwy mąż i ojciec targnął się na własne życie, odchodząc od nas tak nagle i niespodziewanie.

Jego życiowy sukces z 15 sierpnia 2012 roku zapisał się na stałe w historii polskiego żużla. Później jego kariera nie zawsze była usłana różami. Miewał lepsze i gorsze sezony. Zawsze jednak, kiedy startował w finale IMP wyzwalała się w nim dodatkowa sportowa złość. Oczy zapalały się niczym lampki, bo na horyzoncie była szansa na kolejny sukces. Choć spełnił dziecięce pragnienia, do samego końca pozostał marzycielem, a ambicja nigdy nie pozwalała mu zadowolić się przeciętnością.

Zobacz także: Miasto nie odetnie Apatora od kasy. Dostali już jedną transzę
Zobacz także: To on nas zależy, czy przeżyjemy piekło

na Facebooku.

Komentarze (8):

Wszystkie komentarze (8)

Komentarze (8)

×
PRZEJDŹ NA WP.PL