Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Agnieszka Szafran - Albińska WP SportoweFakty / Agnieszka Szafran - Albińska

Rzecznik prasowa Orła Łódź i jej synek zachorowali na koronawirusa. "Pierwsze dwa dni były prawdziwym dramatem"

Jarosław Galewski
Jarosław Galewski
Rzecznik prasowa Orła Łódź zachorowała na koronawirusa, a wraz z nią 9-miesięczny synek. Nie wie, gdzie się zakaziła. Pierwsze dwa dni nazywa dramatem. - Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i co będzie dalej - mówi nam Agnieszka Szafran-Albińska.

Jarosław Galewski, WP SportoweFakty: Jak się pani czuje?

Agnieszka Szafran-Albińska, rzecznik prasowa Orła Łódź: Dziś jest pierwszy dzień, kiedy z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że lepiej. Czuję, że coś drapie mnie w gardle, gdy mówię, ale jest wyraźna poprawa.

Kiedy poczuła pani, że coś jest nie tak i jakie były objawy?

Jakiś czas temu nagle gorzej się poczułam. Objawy nie były typowe. Nie miałam kaszlu ani kataru czy duszności. Okropnie bolały mnie kości i stawy. Poza tym ogarnęła mnie totalna niemoc. Nie miałam na nic siły. Pierwsze dwa dni były dramatem. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i co będzie dalej. Z czasem straciłam węch i smak. Wtedy byłam już bardzo zaniepokojona, bo wiedziałam, że to coś charakterystycznego dla koronawirusa. Do tego czasu myślałam, że to zwykła grypa. Nie wiem jednak, gdzie mogłam się zarazić, bo nigdzie nie wychodziłam. Siedziałam z dziećmi w domu. Mam dwójkę synów. Nie było nawet wspólnych spacerów. Robiłam tylko zakupy. Nawet sama piekłam chleb i bułki.

ZOBACZ WIDEO: Koronawirus. Ministerstwo Zdrowia opublikowało specjalny film

Co było dalej?

Objawy były dla mnie sygnałem, żeby zadzwonić na infolinię do NFZ. Zostałam przekierowana do Sanepidu, a stamtąd na pogotowie. Wtedy pewien pan przekazał mi, że pojawi się u mnie zespół, który robi wymazy. Zostałam poproszona o dane, podałam je, ale nikt nie przyjechał. Zadzwoniłam ponownie na pogotowie i dowiedziałam się, że nic o takim zleceniu nie wiedzą. Zostałam odesłana do Sanepidu z informacją, że tylko oni mogą coś takiego zarządzić. Nie było łatwo się połączyć, ale w końcu się udało. Pomógł mi bardzo miły pan, który zrozumiał, że mam dwóch synów, że jeden ma 9 miesięcy i konkretne objawy. Dane zostały spisane. Od początku prosiłam, żeby zrobić test obu synom.

A jakie były ich objawy?

Od razu powiem, że zachorował też mój młodszy syn, który ma 9 miesięcy. Dostał gorączki. Miał też katar. Poza tym kaszlał. Drugi syn ma 8 lat, ale żadnych objawów u niego nie było. Jest jednak z nami cały czas.

Rozumiem, że ktoś w końcu przyjechał i zrobił testy.

Tak. Padła prośba, żeby nie jeść i nie pić nic od 15.00 przez dwie godziny. Czekaliśmy. Nikogo nie było i robił się problem. Ja mogłam poczekać. Starszy syn też, ale 9-miesięczne dziecko, które ma w dodatku gorączkę, już nie za bardzo. Zadzwoniłam znowu i powiedziałam, że muszę dać dziecku jeść. Powiedzieli, że mam to zrobić i że ktoś podjedzie za kolejne dwie godziny. W końcu tak się stało, około godziny 21.30 pojawiły się odpowiednie służby. Wymazy zostały zrobione. Wynik u mnie i młodszego syna okazał się pozytywny, u tego starszego był ujemny.

Byliście przez cały czas razem?

Tak, bo inaczej się nie dało. Nie mam na tyle dorosłego dziecka, żeby poradziło sobie samo. Kolejne testy miały być w najbliższy poniedziałek, ale ostatecznie zostały wykonane już dziś. Czekamy na wynik. Najpewniej będzie za 48 godzin.

Jakie leki przyjmowaliście? Co zalecili lekarze?

Nic. Nie było żadnych zaleceń. Do szpitala też nie jechaliśmy, bo to nie wchodziło w grę ze względów, o których powiedziałam wcześniej.

Jakieś badania?

Zostało wykonane EKG. Tragedii chyba nie było. Lekarz powiedział, że wynik jest w miarę dobry. Ciśnienie było w normie. Tak naprawdę zostały załatwione podstawowe rzeczy. Na ból w klatce piersiowej doktor kazał kupić mi jeden lek i smarować, a poza tym brać coś przeciwbólowego. To wszystko.

Nie brzmi to najlepiej.

Wiele rzeczy potrafię zrozumieć. Nie mam nawet do nikogo pretensji, ale najgorsze było proszenie się o test. To powinno być oczywiste, skoro miałam takie objawy. Zachorowała moja mama. Ma 65 lat. Mieszka z 84-letnią babcią, która ma cukrzycę. Test został zrobiony tylko mojej mamie. Nie rozumiem tego. Nie ten target? Takich ludzi spisuje się na straty?

A jak sytuacja w klubie Orzeł Łódź, w którym jest pani rzecznikiem prasowym?

Wszyscy są zdrowi. Ostatnio nie jeździłam do klubu. Nie widywałam się z nikim. Wiem jednak, że z kolegami i koleżankami z pracy jest ok. Gdyby było coś nie tak, to już byśmy o tym wiedzieli.

W jaki sposób ustępowały objawy?

Smaku i węchu nie mam do tej pory. Drugi tydzień nie wiem, co jem. Najważniejsze, że czuć jednak poprawę. To bardzo pozytywne. A jeśli chodzi o mojego małego synka, to wszystko puściło znacznie szybciej. Je normalnie posiłki. Czuć, że jest lepiej. Z kolei u starszego cały czas jest tak samo. Na nic nie narzeka. Dobrze jednak, że jemu też zrobili test. Bardzo na to nalegałam. Robienie testu naszej dwójce nie miałoby przecież żadnego sensu, bo jesteśmy w jednym kotle.

Nie ma pani do nikogo żalu, ale co pani teraz czuje i myśli o koronawirusie, sytuacji w kraju?

Mam taką myśl, że najgorzej będzie ludziom, którzy zachorują, a są mniej obrotni, samodzielni i nie potrafią walczyć o swoje. Oni będą zdani na samych siebie.

Zobacz także:
Rohan Tungate: Nie uciekałem z Polski przed wirusem
Piotr Szymański mówi o składzie Polski na SoN

Zapisz się na nasz specjalny newsletter o koronawirusie

na Facebooku.

Komentarze (32):

Wszystkie komentarze (32)

Komentarze (32)

×
    Wszystkie komentarze (32)
    PRZEJDŹ NA WP.PL