Najnowsze Wyniki/Kalendarz
Janusz Kołodziej WP SportoweFakty / Łukasz Trzeszczkowski / Na zdjęciu: Janusz Kołodziej.

Żużel. Cegielski nazywa go talizmanem. Folia, zielona herbata i snus pod wargą miały mu dać złoto

Dariusz Ostafiński
Dariusz Ostafiński
Człowiek dwóch Unii, choć w tej z Tarnowa jest persona non grata. Rocznie Janusz Kołodziej wydaje milion złotych na sprzęt i utrzymanie teamu. Kiedyś jeszcze gubił kilogramy, ale dał sobie spokój, bo omal nie stracił zdrowia.

Żużlowcem Janusz Kołodziej został dzięki mamie Zofii, która uwielbia ten sport. Mały Janusz siedział w domu, odrabiał lekcje i zerkał na telewizor. Na początku bez wielkich emocji. To się zmieniło, gdy mama zabrała go na stadion. - Na żywo to było coś niesamowitego. Kiedy wszedłem na stadion, zobaczyłam, jak jadą, to pomyślałem ja pierdz..., co to jest - opowiada żużlowiec.

- Szybko poczułem te emocje, ten ryk, zapach i wszystko to, co działo się dookoła. Zakochałem się - przyznaje, a kiedy już się wciągnął, to sam zaczął oglądać nagrane przez mamę na kasetach VHS turnieje Grand Prix. Robił to tak często, że aż się taśma zdarła. Z tego oglądania był jednak pożytek. Jak wielki, to już mogli przekonać się kibice, którzy widzieli finał IMP 2005 w Tarnowie, gdzie Kołodziej na ostatniej prostej wydarł złoto Tomaszowi Gollobowi. Zrobił to w jego stylu.

Uczeń pokonał mistrza

15. bieg tamtego finału, to jeden z wyścigów z TOP5 Kołodzieja. Gollob ze startu z pierwszego pola wyjechał na prowadzenie. Kołodziej zaatakował po szerokiej, ale na wyjściu z luku, choć był bardzo blisko, nie zdołał wyprzedzić starszego kolegi. Na dokładkę przed nos wjechał mu Piotr Świderski, z którym musiał walczyć o drugą pozycję. 21-latek ściął jednak po chwili do krawężnika, wypchnął Świderskiego i miał przed sobą już tylko Golloba. W pewnym momencie jechał za nim dobre 20 metrów, ale nie spasował.

ZOBACZ WIDEO Twarde zderzenie Bewleya z PGE Ekstraligą. Śledź: Każdego dnia zastanawiamy się, co poprawić

Już na przedostatnim okrążeniu Gollob zaczął się nerwowo oglądać za siebie. Chciał zlokalizować Kołodzieja, żeby ewentualnie skorygować tor jazdy i zablokować jego atak. Na ostatnim wirażu Kołodziej jednak zniknął z radaru rywala, skulił się na motocyklu, odważnie wjeżdżając szeroko, prawie że ocierając się o bandę. - Szeroko, szeroko, szeroko - krzyczał zachwycony wyścigiem Paweł Wójcik z Polsat Sport, kiedy uczeń mijał mistrza.

Powstały teorie spiskowe o tamtym finale. Kibice nie wierzyli w to, że taki gołowąs objechał wielkiego zawodnika. Tym bardziej że to ostatnie okrążenie w wykonaniu Golloba było słabe, nerwowe. To Kołodziej zrobił na torze wszystko to, do czego przez lata przyzwyczaił kibiców Gollob. Ten ostatni długo musiał dementować, że nie przepuścił juniora, że ten faktycznie był od niego lepszy. Kołodziej nie miał wtedy dobrej prasy. Mówiło się o nim zmarnowany talent. Wchodząc na najwyższy stopień podium, Kołodziej zadedykował tytuł tym, którzy tak mówili.

Małysz miał banana, on miał zieloną herbatę

5 lat później, w 2010 roku, Gollob znowu stoczył z Kołodziejem ważny pojedynek i znowu przegrał. To była szermierka na słowa na zgrupowaniu kadry, próba przekonania Kołodzieja, że nie zostanie mistrzem świata, zbijając nadmiernie wagę. Wówczas Kołodziej, dzięki specjalnej diecie zszedł do 53 kilogramów i mówił, że to nie koniec. - To prosta droga do anoreksji. Zobacz, co stało się ze skoczkiem Svenem Hannavaldem - mówił Tomasz do Janusza. - Nie wiem, o co ci chodzi - parował ten drugi. - O twoje zdrowie. Nikt mi nie wmówi, że zbijając wagę, zachowałeś siłę i moc - ripostował poruszony całą sprawą Gollob. - Małysz ma banana, ja mam zieloną herbatę - kwitował Kołodziej.

Kołodziej zrozumiał, o co chodzi Gollobowi rok później, kiedy zaczął spadać z motocykla, a jego organizm był tak osłabiony i wycieńczony, że nie potrafił wyjść na prostą po kontuzji. W ogóle miał dość wszystkiego, a najbardziej żużla. Czekał już tylko na koniec sezonu, na pożegnanie z Grand Prix. Dieta pomogła mu wejść rok wcześniej do cyklu, ta sama dieta wykluczyła go ze stawki.

Rok od wzlotu do upadku to był ten okres, kiedy wszyscy, poza Gollobem i nielicznymi innymi wyjątkami, zachwycali się Kołodziejem. Każdy robił wielkie oczy, kiedy Krzysztof Cegielski, menedżer Kołodzieja, zamykał zawodnika w busie, owijał go folią i puszczał temperaturę na maksa. Widok termosu z zieloną herbatą i opowieści o diecie traktowano z uśmiechem na ustach. Wyniki jednak były (świetna jazda w lidze, dwa finały Grand Prix, w których jechał z dziką kartą), więc nikt nie krytykował. Raczej chwalił Kołodzieja i jego menedżera i dietetyka w jednej osobie.

Same warzywa w lodówce

Cegielski był z pewnością jedną z tych osób, które wpłynęły na metamorfozę Kołodzieja. Byli raczej parą dobrych przyjaciół. - Po co on idzie na kolację, skoro i tak nic nie będzie jadł? Swoją porcję kalorii na dzisiaj już spożył - mówił nam Cegielski na tym samym zgrupowaniu, na którym Gollob przekonywał Kołodziej, że musi przytyć. Kołodziej trzymał jednak linię Cegielskiego. - Mam 53 kilo, a na GP Challange w Vojens zejdę do 50 - i jak mówił, tak zrobił.

- Kołodziej nagle stał się utrapieniem dla swoich mechaników, bo przestał włóczyć się z nimi po restauracjach - śmiał się Cegielski, bo też zawodnik nie jadł byle czego, wszystko miał wyliczone. W lodówce w domu trzymał niemal wyłącznie warzywa. - Nikt go teraz nie chce odwiedzać, bo nie ma, czym poczęstować - żartował Cegielski, tłumacząc, że ta dieta jest tylko jednym z kilku składowych, które wpływają na formę. Za chwilę właśnie za ten element Cegielski z Kołodziejem zaczęli być mocniej krytykowani.

Zaczął spadać z motocykla

- Okrycie ciała folią, snus pod wargą i specjalna herbatka nie zastąpią jednak odpowiedniej diety - komentował tamte eksperymenty Kołodzieja trener kadry juniorów Rafał Dobrucki. - Adamowi Małyszowi wystarczyła bułka z bananem, ale żużel to jednak inna dyscyplina. Ekstremalna, wymagająca większej siły, wytrzymałości i energii. Janusz jest znakomitym przykładem, do czego może prowadzić odchudzanie. Pierwszy rok znakomity, a w drugim spadał z motocykla, tak duże było wycieńczenie organizmu.

Długo się zbierał, tak wielkie piętno odcisnęło na nim to, co stało się w 2011 roku. Na kilka lat w ogóle porzucił myśl o startach w Grand Prix, zrezygnował z lig zagranicznych, skupił się na polskiej. Zaczęto mówić, że nie ma ambicji. On chyba jednak musiał odreagować. Wrócił do GP w sezonie 2019. Ponownie nie zachwycił. Wygrał jednak rundę GP Czech w Pradze i tego mu nikt nie zabierze.

Dlaczego zupa przestała smakować

W PGE Ekstralidze Kołodziej jest zawodnikiem krążącym między Unią z Tarnowa a tą z Leszna. Gdy pierwszy raz przenosił się z Tarnowa do Leszna, po sezonie 2009, mówił: ta sama zupa podana każdego dnia przestaje smakować. Gdy przenosił się po raz drugi, po sezonie 2016, trener Unii TarnówPaweł Baran krytykował Kołodzieja, mówiąc: - Nie można wlewać do garnka pomyj i mówić, że zupa jest niedobra.

Kołodziej wziął drugi rozwód z Tarnowem po sezonie pełnym napięć. To wtedy miał miejsce bieg, w którym żużlowiec pojechał bez rękawiczek. Miało do tego dojść wskutek złej komunikacji między drużyną i sztabem. Kołodziej miał za późno dowiedzieć się o zmianie i zapomniał rękawiczek. Jazda bez nich była niebezpieczna. Na dokładkę w trakcie biegu spadł mu metalowy laczek, który pomaga zawodnikom podpierać się, gdy jadą po łuku.

Oskarżony o hejt w sieci

Wtedy, po tamtym biegu trener Baran się kajał, przepraszał żużlowca. Później jednak zmienił front. W ogóle można odnieść wrażenie, że Kołodziej stał się w Tarnowie persona non grata. Dwa lata temu głośna była sprawa hejtowania w sieci innego z trenerów Unii Mirosława Cierniaka. Prokuratura miała ujawnić adresy IP komputerów, z których pisano negatywne komentarze. Jeden z adresów miał należeć do Kołodzieja. - Nogi się pode mną ugięły, kiedy o tym usłyszałem - mówił wówczas Cierniak, ale sprawa ostatecznie się rozmyła, a sam Kołodziej nigdy się nie przyznał. - Myślicie, że nie mam nic innego do roboty, jak siedzieć po nocach i wypisywać jakieś rzeczy pod adresem Mirosława Cierniaka. To jakieś urojenia.

Cegielski nazwał kiedyś Kołodzieja talizmanem, bo miał przynosić swoim drużynom szczęście. Z Unią Tarnów zdobył 6 medali DMP, w tym 3 złote i tyle samo brązowych. Z Fogo Unią Leszno zdobył 5 medali, w tym 4 złote i 1 srebrny. Jako zawodnik z Leszna fetował też dwa złote medale DPŚ z reprezentacją Polski. Leszno zasadniczo jest dla niego bardziej fartowne, bo z Unią z Tarnowa zaliczył spadek. Będąc jej zawodnikiem, zawalił też reprezentacji finał DPŚ w Bydgoszczy, gdzie na ostatnich metrach dał się objechać Nielsowi Kristianowi Iversenowi. Później długo stał przy swoim busie i płakał. Kilka metrów dalej trener kadry Marek Cieślak składał dymisję, którą później wycofał. Było jednak gorąco.

Kołodziej skończył eksperymenty z wagą dawno temu. Teraz jego jedynym problemem pozostaje astma. - Przez cały rok przyjmuję jednak dawkę, jaką norweskie biegaczki brały przed jednymi zawodami - mówił nam przed bieżącymi rozgrywkami, które z racji koronawirusa stały się dla Kołodzieja nieco męczące. Mimo choroby musi nosić maseczkę, co trochę mu przeszkadza. Jednak nie narzeka, robi swoje. Na razie ma średnią 2 punkty na bieg, czyli dobrą. Janusz chciałby zdobyć z Unią 4. złoto z rzędu, chce też podszkolić się w jeździe na krótkich torach. Po to, żeby jeszcze raz spróbować szczęścia w GP. Uważa, że brak umiejętności jazdy na krótkich torach sprawił, że w 2019 roku z GP wyleciał.

Czytaj także:
Czy eWinner Apator na pewno nie jeździ w PGE Ekstralidze?
Drabik zakończy sezon po 8. kolejce?



Czy Kołodziej wróci jeszcze kiedyś do Grand Prix?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

na Facebooku.

Komentarze (13):

Wszystkie komentarze (13)

Komentarze (13)

×
    Wszystkie komentarze (13)
    PRZEJDŹ NA WP.PL